niedziela, 1 kwietnia 2018


 KAŻDY MUSI KIEDYŚ NA COŚ UMRZEĆ 
Fragment książki reporterskiej Raj dla grzeszników




Na cmentarzu opatowskim, naprzeciw ubytowni, leżą ciała 267 żołnierzy Armii Czerwonej, poległych przy wyzwalaniu Pragi. Od bladego świtu ukraińscy robotnicy najemni stawiają mur właśnie od tej strony cmentarza, gdzie spoczywają żołnierze radzieccy. Część z nich pewnie uciekła przed powołaniem na wojnę w Donbasie. Doręczanym przez listonosza wezwaniem do obowiązku obrony ukraińskiej ziemi przed prorosyjskimi opołczeńcami. Wołodia – czterdziestoletni Rosjanin, mówi na Ukraińców faszyści. „Nie było nigdy żadnej Ukrainy” – dodaje. „Te ziemie zawsze były ruskie. Bo na początku była Ruś Kijowska, a nie żadna tam Ukraina Kijowska. To faszyści z Lwowa wymyślili sobie, że nic ich z nami nie łączy. A przecież Lwów przed wojną nie był ani ruski, ani ukraiński, tylko polski. Jak im się wtedy zachciało do Europy, to trzymali z Hitlerem, bo on rozdawał karty. Teraz liżą dupę Merkel i Unii Europejskiej, jakby nie zdawali sobie sprawy, że ta cała Unia to drugie ZSRR, tylko gorsze. Bo za Sojuza matuszka Rassija troszczyła się o swe adoptowane dzieci. Za to macocha Unia rozpieszcza wysokim kieszonkowym tylko te pierworodne, a przygarniętym każe zapieprzać o chlebie i wodzie”. Wołodia przyjechał do Czech z matką i ojcem zaraz po pierwszej wojnie czeczeńskiej. Jak wielu młodych chłopców walczył na froncie. Kuleje na prawą nogę, mówi, że wciąż tkwi w niej kula po postrzale. Ponoć jako weteran wojenny ma od Putina dożywotnią rentę – równowartość średniej czeskiej pensji. „W Czeczenii byłem dowódcą oddziału” – chwali się. „Większość moich chłopaków robi teraz interesy w Karlowych Warach. Pójdą za mną w ogień. Jeden telefon, że mam problem i po godzinie są w Pradze”. Nalewa mi wódki do szklanki. Drugą kolejkę, choć protestuję, że już nie chcę. „Dobra wódka jeszcze nigdy chłopu nie zaszkodziła” – poucza. „Tylko zła baba. Przewraca im się w głowach z tym równouprawnieniem. A najgorzej jest w Czechach. Tutaj chłop jest nikim. Tutaj baba wokół ciebie nic nie zrobi. Przyłazisz z roboty, to ci nawet kawy nie zaparzy, a co dopiero mówić o obiedzie. Tylko u nas w Rosji baby nie dały się jeszcze zwariować. I w Polsce” – dodaje, po czym przechyla butelkę nad moją wciąż pełną szklanką, jakby tę wzmiankę o ruskich i polskich kobietach, pokornie znoszących męski patriarchat, trzeba było natychmiast nagrodzić toastem. „Za odwieczną przyjaźń Polsko-Rosyjską i uległe baby dwóch wielkich narodów słowiańskich” – brzmiałby pewnie ów toast, gdyby doszło do jego wzniesienia. Ale zorientował się, że nie wypiłem poprzedniej kolejki i w ostatniej chwili powstrzymał drżącą dłoń przed rozlaniem wódki. „A ty czemu nie pijesz?” – pyta z wyrzutem w głosie. „Też ci jakaś durna baba poprzestawiała we łbie?”. Wołodia jest po rozwodzie. Ma córkę i syna, którymi opiekuje się jego była żona – Czeszka. W hotelu robotniczym związał się z Janą – o dwa lata starszą od siebie Słowaczką. Ona też po przejściach, z dorosłą córką z poprzedniego związku. Do Czech uciekła przed długami zaciągniętymi w swym kraju. Problemy topi w alkoholu. Głównie słabym, za to w dużych ilościach. Codziennie pije po 8-12 piw. Dwie dwulitrowe butelki z browarem na dzień to minimum. Córka pracuje w Anglii i często przysyła matce pieniądze, kiedy tej już brakuje na picie. Raczej nie wie, że rozpija swą rodzicielkę. „Napiwki” przychodzą na konto w Euro. Waluta Unii Europejskiej ma w Czechach bardzo korzystny wskaźnik wymienny – za 1 Euro można kupić nawet 4 litry piwa w promocji. Mieszkamy w hotelu przez ścianę, pokój obok pokoju, z wspólną łazienką, ubikacją, aneksem kuchennym i przedpokojem. Parę razy zdarzyło się, że Jana pukała do moich drzwi bardzo wczesnym rankiem, a gdy je otworzyłem ujrzałem roztrzęsioną od delirium kobiecą sylwetkę. Prosiła o szklankę piwa na śniadanie. Problemy znów wypłynęły na wierzch. Jesteśmy sąsiadami od dwóch miesięcy. Przez ten czas Jana była w pracy tylko kilka dni, parę razy agencja zmieniała jej pracodawcę, u ostatniego zaliczyła tylko jeden dzień przeznaczony na szkolenie. Przedłuża zwolnienia lekarskie. Niedawno złamała nogę na schodach. Założono jej gips, chodzi o kulach i chyba szybko do siebie nie dojdzie. Wołodia pracuje więcej, ale epizodycznie. Mniej więcej co dwa tygodnie zmienia agenturę pracy. Jak wpadnie w cug picia, to zapomina, że miał iść do roboty. Zwalniają go za zapominalstwo, nie za alkoholizm. Jest operatywny – w dniu zwolnienia wertuje już ogłoszenia w bezpłatnej gazetce reklamowej, narzekając na poprzedniego pracodawcę i pocieszając się na przyszłość naciąganymi stawkami godzinowymi, którymi próbują przyciągać inne agentury. Przy tej okazji wspomina stare dobre czasy, gdy pracował w montowni autobusów gdzieś na czeskiej prowincji. „Tam to było dopiero życie!” – emocjonuje się. „Można było pić w pracy ile wlezie, nawet z mistrzem nieraz się dało w czapę! Byle się tylko pojawić w robocie i zrobić swoje. Żadnych norm, poganiania, na fajkę se schodziłeś kiedy chciałeś. I porządne pieniądze, osiem lat temu, a człowiek więcej zarobił, niż te ochłapy, co teraz dostaje”. Niestety – To už se nevrátí. Któregoś parszywego dnia Wołodia zapomniał iść do pracy, a kiedy sobie przypomniał, było już za późno, bo już tam nie pracował. Nie wpuszczono go na teren zakładu i nawet nie mógł opić z mistrzem swojego zwolnienia. Teraz wydzwania na numery wyszukane w gazetce z ofertami pracy, a Jana prosi mnie, bym puścił na laptopie jej ulubioną piosenkę, utwór słowackiego zespołu Elan, którego refren brzmi tak:

Jesteś kotką, jesteś kotką, jesteś kotką
O idealnych kształtach
Jesteś piękniejsza niż niebo nocą
Niż modlitwa na kolanach
Jesteś kotką, jesteś kotką, jesteś kotką
Dla mnie najważniejszą z kobiet
W tym najgorszym z piekieł poczekam na moment
Kiedy powiesz, że już kochać cię
Kiedy powiesz, że już kochać cię
Kiedy powiesz, że już kochać cię
Powiesz, że już kochać cię mogę

Trzy tygodnie później na cmentarzu opatowskim, naprzeciw ubytowni, faszyści postawili wreszcie piękny mur, odgradzający nagrobki żołnierzy Armii Czerwonej od ulicy. Tego samego dnia odwiedziłem Wołodię i Janę w nowym pokoju, gdzie się przeprowadzili. Wjechałem windą na ostatnie, dziewiętnaste piętro robotniczego betonowca. Drzwi otworzył mi Wołodia. Zawstydzony odwracał głowę, bo pod okiem miał potężnego siniaka. Jana leżała na łóżku. Nogę wciąż miała w gipsie. Uśmiechnęła się wstając, by mnie objąć na przywitanie. „Adik przyszedł!”. „A ciebie Wołodia, kto tak urządził?” – pytam, siadając przy stole. „No opowiedz mu, opowiedz!” – krzyczy podekscytowana Jana. Weteran pierwszej wojny czeczeńskiej milczy. Za to Jana wcale milczeć nie zamierza: „Opowiedz mu, jak wróciłeś z roboty najebany i zrobiłeś mi jazdę, że gotuje obiad sąsiadowi! I że nie zrobiłam przepracowanemu moczymordzie kawy! Opowiedz mu, jak mnie spoliczkowałeś i próbowałeś się koło mnie pokładać narąbany w trzy dupy! Ale ja Adik dostałam w nerwach takiej siły, że jak mu walnęłam z pięści w mordę i poprawiłam gipsem, to się wystraszyłam, że będę musiała dzwonić dla niego po karetkę! Co, gnoju! Kobietę niedołężną bijesz! Mówię ci, krew mu się z ucha tak lała, że naprawdę się wystraszyłam”. Tymczasem poszkodowany, który najwidoczniej nie doczekał się interwencji junaków z Karlowych Warów, wyciąga z lodówki flaszkę wódki i nalewa mi szklankę. „Chodź, napijemy się” – mówi. „Nie mogę” – odpowiadam mu. „Nie robi mi to dobrze na zdrowie”. „E tam, pieprzysz. Przecież każdy musi kiedyś na coś umrzeć”. Postanawiam jak najszybciej skorzystać z jego ludowych mądrości. Nie piję jednak wódki, lecz zapalam papierosa. A kiedy ostatki popiołu lądują w popielniczce – żegnam się z nimi i odchodzę. Zjeżdżam windą z powrotem na czwarte piętro. Wchodzę do mojego pokoju, kładę się na łóżku i sięgam dłonią do kieszeni kurtki, z której wyciągam smartfona. Zaczynam przeglądać strony w internecie. W Polsce czarny piątek. Tysiące kobiet wyszło na ulice miast i miasteczek, by protestować przeciw projektowi restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej. Nasze słowiańskie białogłowy postawiły się ciemnogrodowi. Zatem do toastu za uległe baby wielkiego narodu Polskiego raczej prędko nie dojdzie. „Moje jajniki, wasze klęczniki!”, „Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek!”, „Umiemy gotować, zgotujemy wam rewolucję!” – to tylko niektóre z haseł na transparentach, wznoszonych przez dzielne kobiety. Otwieram messengera i sprawdzam wiadomości od znajomych. Napisał do mnie Sławek – kolega z czasów pracy w Mlada Boleslav. „Janek nie żyje. Znaleziono go martwego w pokoju w ubytowni. Sekcja zwłok wykazała martwicę trzustki. Jego córki załatwiły już transport zwłok do Polski”. Janek nie wylewał za kołnierz, więc podejrzewam, że to alkohol go wykończył. Młody facet – ledwie 45 lat skończył. Wrócił do kraju po latach zagranicznej tułaczki, lecz nie tak, jakby tego za życia oczekiwał. Ale co zrobić – przecież każdy musi kiedyś na coś umrzeć. Jeden od śmiertelnej rany postrzałowej, oswabadzając świat od faszyzmu. Drugi od narzędzi chirurgicznych, zanim jeszcze zacznie się rozwijać w łonie matki, ratując ją przed śmiercią wskutek porodowych komplikacji. Trzeci konsekwentnie uśmiercając alkoholem swe narządy wewnętrzne i oswabadzając się od samego siebie. Każda opowieść ma swój własny koniec i prędzej czy później musi on nastąpić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz