poniedziałek, 2 kwietnia 2018


LOVE 

Fragment książki reporterskiej „Raj dla grzeszników"






Witajcie w świecie robotów, którym się nie chce. Honza ma 21 lat. Pochodzi z Orłowy – trzydziestotysięcznego miasteczka, położonego pomiędzy Ostrawą a Karwiną, odległego o 10 km od polsko-czeskiej granicy. Od trzech miesięcy mieszkamy razem w jednym pokoju, w hotelu robotniczym na praskim Opatowie. Dzisiaj udało mi się po raz pierwszy namówić go do pójścia w jakieś inne miejsce, niż pobliski market Billa albo hospudka. Do hospudki też zresztą nie chodzi często, bo piwo droższe niż w sklepie i nie starczyłoby na skero. Skero to czeski slangowy odpowiednik angielskiego skunk czy polskiego skuna – marihuany z największą ilością THC i o bardzo intensywnym zapachu. Honza inwestuje w towar ponad połowę pensji, ma zaufanego dilera. Kupuje spory zapas zaraz po wypłacie i dumnie mi go prezentuje, jak jakiś łup wojenny. Pali trawkę z prowizorycznego bonga wykonanego z plastykowej butelki. Zaciąga się roztworem pary wodnej i dymu z marihuany, po czym przez parę sekund bardzo intensywnie kaszle, niemal dusi się, jakby miał za moment zwymiotować. Każdorazowo ten ceremoniał kwitowany jest kciukiem wyciągniętym w górę, co ma oznaczać, że materiał ma dobrego kopa. I choć na zewnątrz pełnia lata, bezchmurne niebo i słonecznie od co najmniej tygodnia, to jemu do pełni szczęścia więcej nie trzeba. Kciuk wyciągnięty w górę i kilka lajków na fejsie pod niewyraźnym selfie, od hotelowych kolesi, którzy czasem wpadają do naszego pokoju na jaranie. „Kamo, ty jsi dobre zhulenej” (tłum. "Ziom, jesteś zajebiście ujarany”) – komentarz jednego z nich pod zdjęciem. Tymczasem Honza przez cały tydzień niemal nie wychylał nosa poza hotel, wychodząc na zewnątrz jedynie po to, by przemierzyć stumetrową drogę na przystanek, skąd odjeżdża autobus do roboty. Zresztą często zdarza się, że w ogóle nie idzie do pracy. Dzwoni wtedy do koordynatora, tłumacząc się, że boli go głowa, wymiotował lub wynajdując inną wymówkę. W kraju o najniższym bezrobociu w Unii Europejskiej każde ręce do pracy są cenne. Nawet te, które co kilka dni chwytają za telefon, by poinformować, że dziś się żadną pracą nie zhańbią. Dla Honzy stolica Czech to nie Most Karola, Hradczany, Wyszehrad, widoki z wzgórza Petrzin czy Ogrodów Leteńskich. Jego Praga to betonowy dziewiętnastopiętrowiec na Opatowie, najbliższy market i pierwsza z brzegu hospudka. Ale dzisiaj namówiłem go wreszcie, żeby poszedł ze mną pograć w kosza. Na nogach ma markowe buty air Jordan. Mówi, że kiedyś uwielbiał grać, ale to było tak dawno temu... Zawiesza głos i robi długą pauzę, jakby chciał podkreślić ile to już lat minęło. Na ten moment role się jak gdyby odwracają – to on jest prawie dwa razy starszy ode mnie. Jakbym miał przed sobą czterdziestolatka, który całą swą młodość i wigor pogrzebał przed dekadą pod stertą życiowych porażek. Dwudziestojednolatek z jedną nogą w grobie. Pochodzi z rozbitej rodziny, jak większość jego rówieśników tułających się po hotelach robotniczych. Matka zdradzała ojca, rozstali się, gdy Honza miał 12 lat. On został z ojcem, a dwóch młodszych braci z matką. Szybko wciągnęła go ulica. Jeszcze rok temu był uzależniony od metaamfetaminy. „Teraz już tego gówna nie ruszam” - chwali się. „Teraz tylko czyściutka trawka. Samo zdrowie. Nie rozpierdala ci łepetyny”. Pieszczotliwie nazywa mnie mamką, bo gotuję obiady, którymi się z nim dzielę, budzę rano, próbując zmobilizować do pójścia do pracy. Prawdziwej matki nienawidzi, ma do niej żal za rozbicie rodziny. Dzwoni do niej tylko w sytuacjach krytycznych, nie kiedy brak mu miłości, lecz gdy brakuje love – jak Czesi potocznie określają pieniądze. Kiedy kończy się jego wielki zapas skero – najlepszego lekarstwa na smutek.




*  *  *
cieszmy się z małych rzeczy
małej wypłaty
małej renty

z niskich rat po restrukturyzacji długu
z małej zadyszki po spaleniu szluga
i drobnych przerzutów raka na płuca

cieszmy się z małych rzeczy
małego chuja
małych piersi

krótkich spazmów 
braku orgazmów 
i puenty


*  *  *
admire little things
tiny salary
tiny pension

let's admire
low instalments after negotiated loan
admire
lack of breathe after cigarette
small development of cancer to lungs

let's be happy of little things
small dick
small tits

short spasms
no orgasms
lack of conclusion

przełożył na angielski Andrzej Tadeusz Serdeczny

niedziela, 1 kwietnia 2018


 KAŻDY MUSI KIEDYŚ NA COŚ UMRZEĆ 
Fragment książki reporterskiej Raj dla grzeszników




Na cmentarzu opatowskim, naprzeciw ubytowni, leżą ciała 267 żołnierzy Armii Czerwonej, poległych przy wyzwalaniu Pragi. Od bladego świtu ukraińscy robotnicy najemni stawiają mur właśnie od tej strony cmentarza, gdzie spoczywają żołnierze radzieccy. Część z nich pewnie uciekła przed powołaniem na wojnę w Donbasie. Doręczanym przez listonosza wezwaniem do obowiązku obrony ukraińskiej ziemi przed prorosyjskimi opołczeńcami. Wołodia – czterdziestoletni Rosjanin, mówi na Ukraińców faszyści. „Nie było nigdy żadnej Ukrainy” – dodaje. „Te ziemie zawsze były ruskie. Bo na początku była Ruś Kijowska, a nie żadna tam Ukraina Kijowska. To faszyści z Lwowa wymyślili sobie, że nic ich z nami nie łączy. A przecież Lwów przed wojną nie był ani ruski, ani ukraiński, tylko polski. Jak im się wtedy zachciało do Europy, to trzymali z Hitlerem, bo on rozdawał karty. Teraz liżą dupę Merkel i Unii Europejskiej, jakby nie zdawali sobie sprawy, że ta cała Unia to drugie ZSRR, tylko gorsze. Bo za Sojuza matuszka Rassija troszczyła się o swe adoptowane dzieci. Za to macocha Unia rozpieszcza wysokim kieszonkowym tylko te pierworodne, a przygarniętym każe zapieprzać o chlebie i wodzie”. Wołodia przyjechał do Czech z matką i ojcem zaraz po pierwszej wojnie czeczeńskiej. Jak wielu młodych chłopców walczył na froncie. Kuleje na prawą nogę, mówi, że wciąż tkwi w niej kula po postrzale. Ponoć jako weteran wojenny ma od Putina dożywotnią rentę – równowartość średniej czeskiej pensji. „W Czeczenii byłem dowódcą oddziału” – chwali się. „Większość moich chłopaków robi teraz interesy w Karlowych Warach. Pójdą za mną w ogień. Jeden telefon, że mam problem i po godzinie są w Pradze”. Nalewa mi wódki do szklanki. Drugą kolejkę, choć protestuję, że już nie chcę. „Dobra wódka jeszcze nigdy chłopu nie zaszkodziła” – poucza. „Tylko zła baba. Przewraca im się w głowach z tym równouprawnieniem. A najgorzej jest w Czechach. Tutaj chłop jest nikim. Tutaj baba wokół ciebie nic nie zrobi. Przyłazisz z roboty, to ci nawet kawy nie zaparzy, a co dopiero mówić o obiedzie. Tylko u nas w Rosji baby nie dały się jeszcze zwariować. I w Polsce” – dodaje, po czym przechyla butelkę nad moją wciąż pełną szklanką, jakby tę wzmiankę o ruskich i polskich kobietach, pokornie znoszących męski patriarchat, trzeba było natychmiast nagrodzić toastem. „Za odwieczną przyjaźń Polsko-Rosyjską i uległe baby dwóch wielkich narodów słowiańskich” – brzmiałby pewnie ów toast, gdyby doszło do jego wzniesienia. Ale zorientował się, że nie wypiłem poprzedniej kolejki i w ostatniej chwili powstrzymał drżącą dłoń przed rozlaniem wódki. „A ty czemu nie pijesz?” – pyta z wyrzutem w głosie. „Też ci jakaś durna baba poprzestawiała we łbie?”. Wołodia jest po rozwodzie. Ma córkę i syna, którymi opiekuje się jego była żona – Czeszka. W hotelu robotniczym związał się z Janą – o dwa lata starszą od siebie Słowaczką. Ona też po przejściach, z dorosłą córką z poprzedniego związku. Do Czech uciekła przed długami zaciągniętymi w swym kraju. Problemy topi w alkoholu. Głównie słabym, za to w dużych ilościach. Codziennie pije po 8-12 piw. Dwie dwulitrowe butelki z browarem na dzień to minimum. Córka pracuje w Anglii i często przysyła matce pieniądze, kiedy tej już brakuje na picie. Raczej nie wie, że rozpija swą rodzicielkę. „Napiwki” przychodzą na konto w Euro. Waluta Unii Europejskiej ma w Czechach bardzo korzystny wskaźnik wymienny – za 1 Euro można kupić nawet 4 litry piwa w promocji. Mieszkamy w hotelu przez ścianę, pokój obok pokoju, z wspólną łazienką, ubikacją, aneksem kuchennym i przedpokojem. Parę razy zdarzyło się, że Jana pukała do moich drzwi bardzo wczesnym rankiem, a gdy je otworzyłem ujrzałem roztrzęsioną od delirium kobiecą sylwetkę. Prosiła o szklankę piwa na śniadanie. Problemy znów wypłynęły na wierzch. Jesteśmy sąsiadami od dwóch miesięcy. Przez ten czas Jana była w pracy tylko kilka dni, parę razy agencja zmieniała jej pracodawcę, u ostatniego zaliczyła tylko jeden dzień przeznaczony na szkolenie. Przedłuża zwolnienia lekarskie. Niedawno złamała nogę na schodach. Założono jej gips, chodzi o kulach i chyba szybko do siebie nie dojdzie. Wołodia pracuje więcej, ale epizodycznie. Mniej więcej co dwa tygodnie zmienia agenturę pracy. Jak wpadnie w cug picia, to zapomina, że miał iść do roboty. Zwalniają go za zapominalstwo, nie za alkoholizm. Jest operatywny – w dniu zwolnienia wertuje już ogłoszenia w bezpłatnej gazetce reklamowej, narzekając na poprzedniego pracodawcę i pocieszając się na przyszłość naciąganymi stawkami godzinowymi, którymi próbują przyciągać inne agentury. Przy tej okazji wspomina stare dobre czasy, gdy pracował w montowni autobusów gdzieś na czeskiej prowincji. „Tam to było dopiero życie!” – emocjonuje się. „Można było pić w pracy ile wlezie, nawet z mistrzem nieraz się dało w czapę! Byle się tylko pojawić w robocie i zrobić swoje. Żadnych norm, poganiania, na fajkę se schodziłeś kiedy chciałeś. I porządne pieniądze, osiem lat temu, a człowiek więcej zarobił, niż te ochłapy, co teraz dostaje”. Niestety – To už se nevrátí. Któregoś parszywego dnia Wołodia zapomniał iść do pracy, a kiedy sobie przypomniał, było już za późno, bo już tam nie pracował. Nie wpuszczono go na teren zakładu i nawet nie mógł opić z mistrzem swojego zwolnienia. Teraz wydzwania na numery wyszukane w gazetce z ofertami pracy, a Jana prosi mnie, bym puścił na laptopie jej ulubioną piosenkę, utwór słowackiego zespołu Elan, którego refren brzmi tak:

Jesteś kotką, jesteś kotką, jesteś kotką
O idealnych kształtach
Jesteś piękniejsza niż niebo nocą
Niż modlitwa na kolanach
Jesteś kotką, jesteś kotką, jesteś kotką
Dla mnie najważniejszą z kobiet
W tym najgorszym z piekieł poczekam na moment
Kiedy powiesz, że już kochać cię
Kiedy powiesz, że już kochać cię
Kiedy powiesz, że już kochać cię
Powiesz, że już kochać cię mogę

Trzy tygodnie później na cmentarzu opatowskim, naprzeciw ubytowni, faszyści postawili wreszcie piękny mur, odgradzający nagrobki żołnierzy Armii Czerwonej od ulicy. Tego samego dnia odwiedziłem Wołodię i Janę w nowym pokoju, gdzie się przeprowadzili. Wjechałem windą na ostatnie, dziewiętnaste piętro robotniczego betonowca. Drzwi otworzył mi Wołodia. Zawstydzony odwracał głowę, bo pod okiem miał potężnego siniaka. Jana leżała na łóżku. Nogę wciąż miała w gipsie. Uśmiechnęła się wstając, by mnie objąć na przywitanie. „Adik przyszedł!”. „A ciebie Wołodia, kto tak urządził?” – pytam, siadając przy stole. „No opowiedz mu, opowiedz!” – krzyczy podekscytowana Jana. Weteran pierwszej wojny czeczeńskiej milczy. Za to Jana wcale milczeć nie zamierza: „Opowiedz mu, jak wróciłeś z roboty najebany i zrobiłeś mi jazdę, że gotuje obiad sąsiadowi! I że nie zrobiłam przepracowanemu moczymordzie kawy! Opowiedz mu, jak mnie spoliczkowałeś i próbowałeś się koło mnie pokładać narąbany w trzy dupy! Ale ja Adik dostałam w nerwach takiej siły, że jak mu walnęłam z pięści w mordę i poprawiłam gipsem, to się wystraszyłam, że będę musiała dzwonić dla niego po karetkę! Co, gnoju! Kobietę niedołężną bijesz! Mówię ci, krew mu się z ucha tak lała, że naprawdę się wystraszyłam”. Tymczasem poszkodowany, który najwidoczniej nie doczekał się interwencji junaków z Karlowych Warów, wyciąga z lodówki flaszkę wódki i nalewa mi szklankę. „Chodź, napijemy się” – mówi. „Nie mogę” – odpowiadam mu. „Nie robi mi to dobrze na zdrowie”. „E tam, pieprzysz. Przecież każdy musi kiedyś na coś umrzeć”. Postanawiam jak najszybciej skorzystać z jego ludowych mądrości. Nie piję jednak wódki, lecz zapalam papierosa. A kiedy ostatki popiołu lądują w popielniczce – żegnam się z nimi i odchodzę. Zjeżdżam windą z powrotem na czwarte piętro. Wchodzę do mojego pokoju, kładę się na łóżku i sięgam dłonią do kieszeni kurtki, z której wyciągam smartfona. Zaczynam przeglądać strony w internecie. W Polsce czarny piątek. Tysiące kobiet wyszło na ulice miast i miasteczek, by protestować przeciw projektowi restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej. Nasze słowiańskie białogłowy postawiły się ciemnogrodowi. Zatem do toastu za uległe baby wielkiego narodu Polskiego raczej prędko nie dojdzie. „Moje jajniki, wasze klęczniki!”, „Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek!”, „Umiemy gotować, zgotujemy wam rewolucję!” – to tylko niektóre z haseł na transparentach, wznoszonych przez dzielne kobiety. Otwieram messengera i sprawdzam wiadomości od znajomych. Napisał do mnie Sławek – kolega z czasów pracy w Mlada Boleslav. „Janek nie żyje. Znaleziono go martwego w pokoju w ubytowni. Sekcja zwłok wykazała martwicę trzustki. Jego córki załatwiły już transport zwłok do Polski”. Janek nie wylewał za kołnierz, więc podejrzewam, że to alkohol go wykończył. Młody facet – ledwie 45 lat skończył. Wrócił do kraju po latach zagranicznej tułaczki, lecz nie tak, jakby tego za życia oczekiwał. Ale co zrobić – przecież każdy musi kiedyś na coś umrzeć. Jeden od śmiertelnej rany postrzałowej, oswabadzając świat od faszyzmu. Drugi od narzędzi chirurgicznych, zanim jeszcze zacznie się rozwijać w łonie matki, ratując ją przed śmiercią wskutek porodowych komplikacji. Trzeci konsekwentnie uśmiercając alkoholem swe narządy wewnętrzne i oswabadzając się od samego siebie. Każda opowieść ma swój własny koniec i prędzej czy później musi on nastąpić.

wtorek, 26 września 2017



DZIEŃ DOBRY!




Miałem sen. Śniło mi się, że idę Krakowskim Przedmieściem i wszyscy napotkani ludzie mówią mi "dzień dobry!". Obok mnie przechodzą dwie manifestacje - jedna żąda więcej uśmiechu na co dzień, druga - jeszcze więcej uśmiechu. Idą w przeciwnym kierunku. Gdy mijają się po drodze, pozdrawiaja się nawzajem. Pada rzęsisty deszcz, a mimo to nikt nie marszczy brwi, nie wyrywa włosów z głowy i nie chowa się pod parasolem, wziętym na wypadek zadymy. Z transparentów spływają na protestujących świeżo naniesione farby, barwiąc uradowany tłum na wszelkie możliwe kolory. Orzeł bielik namalowany na prześcieradle ma pawie pióra i lśniące brokatem tipsy zamiast szponów. Chrystus na wystruganym z brzozy krzyżu w kształcie samolotu - wianek z konwalii w miejsce korony cierniowej


Seba

Dzień dobry! Mam na imię Sebastian, ale tak mówiła do mnie tylko moja świętej pamięci mamusia, którą już dawno wzięła do siebie bozia. Wszyscy kumple z dzielni wołali na mnie Seba. Jestem sparaliżowany od pasa w dół i codziennie czekam na śmierć, ktora przyjdzie i powie: "Idź już do mamy, synku, nic tu po tobie". W sumie to powinienem już umrzeć ze starości, bo mam więcej lat niż błogosławiony Bolesław Piasecki, kiedy odchodził. Z czasów młodości pozostała mi już tylko jedna gra na konsolę, w którą rżnę bez opamiętania. Gdy do sali wchodzi lekarz dyżurny, chowam sprzęt pod poduszkę. Przeszedłem dwa zawały i doktor mówi, że powinienem unikać niezdrowych emocji. Raz nawet zabrał mi konsolę na tydzień i w zamian przyniósł książkę. Chyba go pojebało! Nie jestem jakimś pedałem, żeby czytać książki. Ale z tymi emotikonami, wróć, emocjami, to ma trochę racji. Bo kiedy gram na konsoli, wczuwam się, jakby to nie była gra, tylko prawdziwe życie. Nic dziwnego, przecież w tej jednej-jedynej grze zawarta jest cała moja młodość. Zresztą, co mi pozostało? Mogę tylko grać. Nie skopię już ryja żadnemu brudasowi, bo mam nieruchome szkity. A w grze przynajmniej mogę jeszcze przypierdolić, i to jak! Na przykład w tej mojej zręcznościówce. Masz tam do wyboru od chuja postaci - możesz być żołnierzem wyklętym, najemnikiem z wojsk obrony terytorialnej, ultrasem Legii, rycerzem króla Jagiełły, komandosem Grom-u, powstańcem warszawskim, kosynierem, obrońcą Westerplatte, jeźdźcem skrzydlatej husarii, legendarnym Sarmatą, ułanem z przeciwpancerną szablą, a nawet Andrzejem Gołotą. Dodatkowo możesz dobrać sobie od zajebania broni: nóż do kebaba, kij bejsbolowy, sztachetę, szablę przeciwpancerną, o której już gadałem, bazukę, halabardę, koktajl Mołotowa, kałasza, siekierę, kosę, bagnet, karabin snajperski, strzelbę gładkolufową, dwa nagie miecze, tulipana, kastet, procę na skoble, dzidę, maczugę, jarzeniówkę jak z "Gwiezdnych wojen", kostkę brukową, różaniec do podduszania niewiernych, rękawice bokserskie do trzepania jajek, cegłę z gruzów zbombardowanej stolicy, granaty, pistolety, fuzje i armaty, glany z metalowym czubem, czy wreszcie tyczkę Kozakiewicza, dzięki której wszystkie kacapy mogą ci skoczyć, a ty im możesz pokazać, że o, takiego wała, jak Polska cała! Bo pod tymi turbanami mogą się też ukrywać ruscy agenci, co się przebrali za uchodźców z Syrii dla niepoznaki. Tak czy siak misja jest prosta - wszystkich zajebać! Wybić co do jednego jebanych terrorystów! Przerobić cuchnące kebaby na mięso! Wyruchać w dupę kozojebców! Spalić na stosie muzułmańskie czarownice! Ściąć łepetyny szejkom z miliardami dolców, którzy przebierają się w łachmany, udając emigrantów ekonomicznych! Zapierdolić turasa, kręcącego kebsy z psiego ścierwa! Jebać, jebać, jebać kolejorza! Wykastrować cioty! Wypatroszyć pizdę każdej dziwce, co się wyskrobała! Oskalpować punkowskie śmieci! Puścić z dymem cygańskie slamsy! Wykurwić raz sierpem, raz młotem, w lewacką hołotę! Zagazować złodziejską żydomasonerię! Wreszcie - zabić czas, którego pozostało ci tak mało! Bo co masz, kurwa, robić? Czytać książki? Pisać pamiętniki? Lampić się na te dwa zbędne kikuty, którymi już nigdy nie poruszysz?


Jelena

Dzień dobry! Moje imię to Jelena. Przyjechałam do Polski z Ukrainy, z Charkowa. U nas od dawna trwa wojna, już nawet nie pamiętam, kiedy się zaczęła. W sumie to nie mogę pamiętać, bo mnie jeszcze nie było na świecie. Moi rodzice byli wtedy młodzi i pewnie się jeszcze nie znali. W Polsce jesteśmy od trzech lat. Czuję się tutaj bezpiecznie. Na Ukrainie porywają ludzi i słuch po nich ginie. Nawet młode dziewczyny.  Moją koleżankę z klasy wywieźli do lasu, bili i gwałcili. Ludzie mówili, że spotkała ją kara boska, bo się ubierała jak dziwka. I że jest faszystką, bo ma polskie nazwisko, a Polacy to faszyści, którzy pomagają banderowcom jak Hitler w czasie wojny. Jej ciało znaleziono po dwóch tygodniach. Na piersiach wyryli jej nożem swastyki, ogolili głowę do zera. Ludzie mówią, że to dlatego, że była lesbą, a lesby to nie kobiety, tylko szmaty, opętane przez diabła. I że żadna lesba nie ma prawa nosić włosów do pasa. Miała szesnaście lat. W Polsce aż tak się nie boję, chociaż raz się zdarzyło, że mnie na ulicy zwyzywali od ruskich kurew. I straszyli, że mnie zaraz pogonią, jak Piłsudski spod Warszawy ruskich. A przecież jestem z Ukrainy, nie z Rosji. Boże, dlaczego w ludziach jest tyle nienawiści? Dlaczego nie możemy się po prostu szanować na co dzień i wzajemnie nie krzywdzić? Na wojnie widziałam śmierć i cierpienie z bliska. Chodniki w moim mieście były czerwone od krwi jak dywan w Cannes, tylko nie stąpały po nich gwiazdy kina. Przemykali po nich zwykli ludzie, starając się być niezauważalni, bo nie polował na nich fotoreporter, ale snajper. Od samego początku mojego pobytu w Polsce pracuję w żabce, od szóstej do dwudziestej trzeciej, siedemnaście godzin dziennie. Właściwie osiemnaście, gdy się weźmie pod uwagę, że przychodzi się wcześniej, żeby porozkładać pieczywo i gazety, a wychodzi później, bo trzeba rozliczyć kasę. Praktycznie ponad dwa etaty, ale nie narzekam, że mi ciężko. U nas działające bez problemów sklepy z towarem na półkach można było zliczyć na palcach jednej ręki. Poza tym zbieram na studia. Zamierzam iść na medycynę, a to sporo kosztuje. Chciałabym pomagać ludziom wymknąć się śmierci.


Seba i Jelena

Ich pierwsze spotkanie wyglądało tak:

- Dzień dobry!

- Dzień dobry!

- Kim pani jest?

- Nikim, ale zamierzam być lekarzem.

- Ma pani jakiś dziwny akcent. Polka?

- Nie, Ukrainka.

- Wypierdalaj mi stąd kurwo! I żebym cię tu więcej nie widział!

Patrzyła na niego ze strachem w oczach, a on dalej krzyczał:

- Pierdolona nazistka! Banderowska świnia! Powinni ci amputować jajniki, żebyś już nigdy żadnego mordercy nie urodziła! To wy, kurwy, zarzynaliście nasze kobiety i dzieci, paliliście domy i kościoły!

- Nie wiem, o czym pan mówi... Ja nikogo nie zabiłam... - wydusiła.

- Nie wiesz, to se, kurwa, poczytaj! Wołyń! UPA!

Ale jej już nie było, wybiegła z sali przerażona. Po chwili, powłócząc nogami, doczłapała do jego łóżka Krystyna - ostatnia nadzieja polskiego pielęgniarstwa. Jej wszystkie koleżanki po fachu uciekły do Niemiec, Danii, Szwecji bądź Norwegii. Powinna już dawno nie pracować, jednak musiała dorabiać do emerytury. Lekarz prowadzący wyznaczył ją do osobistej opieki nad Sebą, bo pozostałe siostry - te z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii, Iraku, Afganistanu czy Syrii, kłopotliwy pacjent wyzywał od szmat, dziwek i terrorystek. Krystyna miała sześćdziesiąt dziewięć lat i poważne problemy ze słuchem. Pochyliła się nad chorym, odkryła pościel i zaczęła przewracać stawiające opór ciało na bok.

- I po co tak krzyczy, że kupa? Nie pali się przecież. A jak się nie pali, to się i pupa nie odparzy.

- Pani Krystyno, nie kupa, tylko UPA... - wyjęczał, usiłując wydostać się z jej zaskakująco krzepkiego uścisku.

- Upa-dupa-kupa! Przewinąć trzeba, jak się zesrał.

Szarpnęła go mocno za prawe ramię, na którym miał wytatuowaną rękę z mieczem.


Jelena

Zatrudniłam się jako salowa w miejscowym szpitalu. Chciałam być bliżej chorych, przywyknąć do tej całej szpitalnej atmosfery. Moja praca polega na sprzątaniu, myciu tych, którzy nie mogą sobie z tym sami poradzić, wydawaniu posiłków. Opróżniam baseny, podcieram tyłki, zmywam krew z podłogi. Zarabia się marne grosze, ale udało mi się trochę odłożyć na studia, kiedy tyrałam od rana do nocy w żabce. Pracuję na oddziale neurologicznym, gdzie wiele osób to rośliny. Po wylewach, sparaliżowani, wydający z siebie jęki zamiast słów. Cześć z nich umiera po kilku dniach, inni są poddawani żmudnej rehabilitacji. Nauczyłam się ich kochać, nawet tych, z którymi nie da się rozmawiać. Nawet tego sparaliżowanego od pasa w dół mężczyznę, który traktuje mnie po chamsku i wyzywa od faszystek. Wczoraj przyniosłam mu kwiaty - białe i czerwone róże, kolory polskiej flagi. Zaskoczył go ten gest i czuł się trochę zmieszany, co nie przeszkodziło mu cisnąć wazonem o ścianę, kiedy wychodziłam z sali i krzyknąć na odchodne: "Wracaj z tymi badylami do swoich jebanych gestapowców! I powiedz im, że niedługo to będą ich barwy narodowe! A jak im się nie podoba, to raus z polskiego Lwowa!". Nawet nie próbowałam mu tłumaczyć, że nie pochodzę ze Lwowa, ale z drugiego końca Ukrainy - Charkowa. Że to dwa zupełnie inne miasta. Współczuję mu, że nie może chodzić. To pewnie przez to jest taki wybuchowy, wyładowuje swoją frustrację na innych. Ale to dobry człowiek. Widziałam kiedyś jak się modlił. Człowiek, który wierzy w dobro, nie może być z natury zły.


Seba i Jelena 

Im częściej ją przepędzał, tym częściej do niego przychodziła. Codziennie szorowała na błysk podłogę w sali, podlewała kwiaty w doniczkach, które zresztą sama przyniosła i których tym razem nie rzucił o ścianę. Co trzeci dzień myła okna. Stopniowo się do niej przyzwyczajał. Był mniej opryskliwy, zaczął z nią nawet normalnie rozmawiać. Któregoś dnia zapytał ją o wojnę. Opowiedziała mu o zgwałconej i pobitej na śmierć koleżance, o trupie niemowlęcia, na którego rozszarpane pociskiem ciałko natrafiła wyrzucając odpadki do śmietnika, o tym, jak się kiedyś posikała ze strachu, chowając się w piwnicy przed plądrującymi okoliczne kamienice opołczeńcami, kiedy słyszała ich zbliżające się kroki i krzyki: "Smierć ukrom!", "Łap ją za nogi, szerzej!", "Zajeb gnojka, bo wyrośnie z niego faszysta!". Próbował sobie wyobrazić jej strach, ale nie potrafił. Nie dało się tego porównać ze stadionowymi bójkami, bo nawet gdy przeciwnik miał przeważające siły, to on i tak nigdy nie był zmuszony zmierzyć się ze swym strachem sam, zawsze był ktoś obok - a to Słoniu ze stadionowym krzesełkiem w ręce, a to Harry z kastetem. Prawdziwe duchowe wsparcie. Zrozumiał, że co innego kibolska zabawa w wojenkę, a co innego prawdziwa wojna. Zrewanżował jej się opowieścią o ojcu alkoholiku, który bił do krwi matkę, o momencie, kiedy po raz pierwszy odważył się mu przeciwstawić i złamał sobie nadgarstek na jego szczęce, o matce, która brocząc krwią chwytała za słuchawkę i dzwoniła na policję, a kiedy przyjeżdżał radiowóz, nie otwierała policjantom drzwi i mówiła, że nic takiego nie miało miejsca, że to pomyłka. Wzruszyła ją jego nagła szczerość, położyła dłoń na jego dłoni. Wydawało jej się, że widzi pojedynczą łzę, spływającą po jego policzku, ale nie miała pewności. A kiedy zasypiał, pogłaskała go po głowie, jak głaszcze się dzieci przed snem. Następnego dnia czekał, aż się zjawi, ale nie przyszła. I przez kolejne dni też. Zapytał o nią siostrę Krystynę, ale ta wiedziała tylko, że Jelena się zwolniła. Nie potrafiła powiedzieć dlaczego. Przez tydzień odmawiał przyjmowania posiłków i do nikogo się nie odzywał.


Seba

Pojawiła się po jakimś miesiącu. Miała głowę ogoloną na łyso. Z początku wcale jej nie poznałem. Myślałem, że to przychodzi po mnie śmierć. Nie, nie taka jak na memach - z kosą, maską z krzyku, i schowana pod kapturem bluzy everlasta. Po prostu z tą swoją łysiną Jelena zajebiście przypominała Gochę - miłość mojego życia. I byłem święcie przekonany, że właśnie mi się zaczyna ukazywać przeszłość, bo podobno tak się właśnie dzieje przed śmiercią. Masz we łbie taki slajdszoł jak w komórze - same najlepsze momenty życia śmigają ci przed oczyma, same słit focie z twojego pokurwionego lajfa. I nawet przez chwilę pokręciłem sobie taki film: ja i Gocha, najlepsze chwile ewer. Oto więc ja i Gocha na marszu niepodległości, napiżdżamy kostką brukową w psy, a potem spierdalamy za winkiel i liżemy się z języczkiem. Później ja i Gocha na rynku we Wrocku, trzymamy się za ręce i lukamy, jak jeden kolo podpala kukłę Żyda z flagą Związku Socjalistycznej Unii Europejskiej i krzyczymy: "Precz z komuną!", "Arabiści do Arabii!", i walimy sobie mega selfie na tle tej pejsatej Marzanny. I wreszcie ja i Gocha pod stadionem Santiago Bernabeu w Madrycie, spieprzamy przed jakimś policajem na koniu, po tym, jak rzuciłem w tych gnoji racą, wbiegamy w jakąś bramę, potem do pizzeri, chowamy się w kiblu, ona robi mi laskę, a za chwilę staje w rozkroku, całkiem jak Christiano Ronaldo przy rzucie wolnym, i ja ją biorę od tyłu, strzelam na kafelki, 1:0 dla Legii! No, ale oprzytomniałem, otrząsłem się z tych słodkich wspomnień, kiedy się tylko odezwała. Już wiedziałem, że to jest ona - Jelena, nie żadna Gocha.


Seba i Jelena 

- Mam białaczkę, niedługo umrę.

- Boże, nie mów tak. Na pewno są jeszcze jakieś szanse...

- Jestem coraz słabsza, wiem, że z tego nie wyjdę. Nie łudzę się, dawno straciłam nadzieję.

- Nie myśl o śmierci. Ja, kiedy chcę ją od siebie odpędzić, gram w grę. Grę z czasów mojej młodości. Chcesz spróbować?

- A na czym ona polega?

- Musisz zabijać.

- Ale kogo?

- Wszystkich.

- Ale ja nie chcę zabijać wszystkich.

- No, powiedzmy, że wszystkich, których nienawidzisz.

- A w tej konkretnej grze, kogo? Znaczy, kogo nienawidzisz i kogo musisz zabić?

- No, Żydów, komuchów, gejów, lesby, lewaków, terrorystów, uchodźców, turasów, aborcjonistki... Spróbujesz?

- Ale ja nie chcę do nikogo strzelać. Nie czuję do żadnego z nich nienawiści.

- To wstaw w ich miejsce innych. Tych, którzy ci się w życiu najbardziej naprzykrzyli. No, dawaj! Ja będę wymieniał swoich wrogów, a ty swoich. I jak na marszu albo stadionie - będziemy skandować: "Jebać!". Ja zaczynam: "Jebać kolejorza!".

- Nie wiedziałam, że czujesz pociąg fizyczny do pracowników kolei.

- Co!? Nie, nie o to chodzi. Po prostu całe życie kibicowałem Legii.

- Cudzoziemskiej?

- Gdzie tam, jakiej znów cudzoziemskiej? Jebać cudzo... O, pardon... Teraz ty.

- Jeszcze nie wiem. Oddaję kolejkę.

- Jebać komunę!

- Całą?

- Co za pytanie? Pewnie, że całą. Bo co?

- Nic, bo kiedyś mieszkałam w komunie, czy jak wolisz - na skłocie, i zwykle przebywa tam wiele osób naraz. Musiałbyś mieć potężne libido, żeby ich wszystkich wyjebać.

- Dobra, dobra, nie kpij sobie. Rozpierdalałem kiedyś te wasze skłociki w trzy sekundy. Bezdomowce spieprzały przede mną szybciej niż Usain Bolt, jak bił rekord na setkę. Twoja kolejka.

- Zaczekaj...

- Nie ma na co czekać. Nie wstydź się, wal!

- Jebać Boga!

- Coo?! Coś ty powiedziała?! 

- Jebać życie!

- Przestań...

- Jebać śmierć!

- Wystarczy, uspokój się!

Ale ona już go nie słuchała. Obróciła się i szybkim krokiem zmierzała ku drzwiom, a on odprowadzał ją nieprzytomnym wzrokiem. Przeklinał swą niedołężność, fakt, że jest bezsilny, że nie może po prostu wstać i pobiec za nią. Płakał. Po kilku minutach w drzwiach ukazała się kobieca sylwetka. Oczy miał zamglone od łez. Wydawało mu się, że to Jelena wróciła.

- Dzień dobry! - Usłyszał głos ostatniej nadziei polskiego pielęgniarstwa.

- SPIERDALAAAJ!


środa, 19 listopada 2014



Ja się nadaję do tego, żeby robić gnój, na którym wyrosną wasze zasady,
żeby załatwiać ogrzewane pomieszczenia dla waszego bohaterstwa
i żeby na koniec było się z kogo pośmiać!

Václav Havel, Audiencja




Fot. Patrycja Hyrsz  http://www.patrycjahyrsz.com


JAKOŚ SIĘ TOCZY


Kto zostaje, ten zostaje, kto nie zostaje, ten nie zostaje. – Rzekł mistrz i wcale nie był to mistrz zen, tylko nasz mistrz zmianowy. Tego dnia zostali wszyscy. Maszyny psuły się na potęgę i czekała nas przymusowa doróbka. Stałem przy pierwszej z brzegu tokarce i wkładałem rękawice ochronne, kiedy mistrz podszedł do mnie i wydał polecenie:

Zrób 50 sztuk więcej, tylko nie więcej, niż 50 sztuk więcej.

Oto mądrość wschodu wypowiedziana ustami naszego mistrza, który nauki pobierał na szkoleniach w fabryce-matce, w Kraju Wschodzącego Słońca. Wbijano mu tam do łba jak stosować w praktyce zasadę „siedem razy zero”, czyli: zero braków, zero zapasów, zero opóźnień, zero kolejek, zero bezczynności, zero zbędnych operacji, zero zbędnych przemieszczeń. Właściwie ta bezwzględna reguła produkcyjna powinna brzmieć „osiem razy zero” i zawierać jeszcze jedną, niepisaną prawdę: „zero sprzeciwu podwładnych”. Najwidoczniej jednak w Japonii jest to prawda tak oczywista, że nie warto jej zapisywać.

– Dlaczego załączasz starter lewą a nie prawą ręką? Nie czytałeś standaryzacji? – Dociekał mistrz, leniwie wsparty o podajnik i obserwujący moją pracę.

Przecież mistrz wie, że jestem leworęczny. Wkładam detal lewą, to i lewą załączam.

No, a jak pisze w standaryzacji? Czytałeś czy nie? - Nie ustępował majster.

Jest napisane, że prawą. Ale z tego co wiem chodzi o to, by załączać starter tą samą ręką, którą wkładamy detal do maszyny. Ma to zapobiec przytrzaśnięciu jej drzwiami. Więc jeśli jestem leworęczny i wkładam detal lewą ręką, to i lewą powinienem uruchamiać sprzęt. Nie moja wina, że standaryzacja nie uwzględnia osób leworęcznych.

Sra, nie uwzględnia. Może jeszcze powinna uwzględniać cioty i lesby? Jak pisze, że masz załączać prawą, to masz załączać prawą! Zrozumiano?

Nie srano i nie zrozumiano” – pomyślałem i myśl ta wcale nie rozmijała się z prawdą. Odkąd obcięto nam ze składu dwie osoby, praktycznie nie ma kto cię zastąpić, byś mógł się wypróżnić. Teraz zapieprza się niczym koń wyścigowy, zaś losy normy ważą się do ostatniej sekundy. A że norma – rzecz święta, toteż mistrz wprowadził szlaban na korzystanie z kibla i załatwić się można jedynie podczas krótkiej przerwy, co zwykle stawia człowieka przed dylematem: „Śniadanie albo sranie – wybór należy do ciebie”. Najlepiej, gdybyś dla dobra firmy oraz w trosce o własne zwieracze, zrezygnował z posiłku nie tylko w przerwie, ale i na kilka godzin przed robotą. To proste: nie dostarczysz organizmowi produktów niezbędnych do przemiany materii – nie będziesz miał problemów z defekacją i nie narazisz zakładu pracy na straty związane z zatrzymaniem linii. Rzecz jasna swoich przemyśleń nie wypowiedziałem na głos i w ogóle nie odpowiedziałem na pytanie zadane przez mistrza. Ten moje milczenie potraktował chyba jako przytaknięcie, gdyż chwilowo przestał mi się naprzykrzać. Zostałem sam. Tylko ja i maszyny: dziesięć w szeregu z jednej strony, dziesięć z drugiej. Obszar dwukrotnie większy, niż do tej pory, przy takiej samej ilości detali do obróbki. Czterdzieści sztuk, czyli czterdzieści okrążeń na godzinę. Trzeba biegać, żeby wyrobić się w czasie. Robota niby najprostsza z możliwych: wkładasz surowy detal i wyciągasz obrobiony. Wyłączasz mózg i załączasz maszynę. Powinieneś skontrolować wyrób, sprawdzić, czy zostały wywiercone otwory, czy w późniejszej fazie zostały one nagwintowane, czy wreszcie powierzchnia została obtoczona i następnie wyszlifowana. Nie wytężasz jednak wzroku, co najwyżej udajesz, że spojrzałeś, bo gdybyś miał tracić na kontrolę cenne setne sekundy, tobyś nie wyrobił normy. Przez moment delektowałem się spokojem, swobodnie gnając po podestach, pośród jednostajnego huku maszyn, niezmąconego ludzkim bełkotem. Nie dano mi jednak zbyt długo cieszyć się samotnością. Na linię wkroczył menadżer hali w towarzystwie majstra z działu kontroli jakości. Oparli swe cztery litery o prowadnicę do przesuwania detali i wnikliwie mnie obserwowali. Zwolniłem kroku. Przemieszczałem się teraz w tempie, w jakim pracowaliśmy wcześniej, nim okrojono nam kadrę. Starałem się dokładnie sprawdzać wykonanie każdego procesu, bo zdawałem sobie sprawę, że skoro menadżerowi towarzyszy typ z kontroli jakości, to pewnie chcą zweryfikować moją pracę pod tym względem. Po upływie kilku minut menadżer ze swym pomagierem opuścili linię, nie odzywając się do mnie choćby słowem. W ich miejsce pojawił się mistrz zmianowy. Stał przy zejściu z podestów i przywoływał mnie energicznie wymachując ręką.

Coś ty kurwa znowu nawywijał? Menadżer chce z tobą rozmawiać. Czeka na ciebie u siebie.

W odpowiedzi spuściłem głowę, obróciłem się na pięcie i podążyłem w kierunku pokoju, zwanego potocznie kurwidołkiem. Kiedy byłem już w środku menadżer przywitał mnie w ten sposób:

Nie bój się Grzegorzu, nic ci nie zrobimy. Siadaj. Zauważyliśmy, że kiedy wyjmujesz detale z niektórych maszyn, nie akcentujesz kontroli wzrokowej. To znaczy może i patrzysz, ale tak jakoś krótko i niewyraźnie. Jak nam się z tego wytłumaczysz?

Usiadłem. Po przeciwnej stronie podłużnego stołu, przy którym zwykle odbywają się narady kadry zarządzającej, wpatrywały się we mnie oczy menadżera hali, mistrza z kontroli jakości i kierownika działu HR. Trzech na jednego. „Będą próbowali mnie zakrakać” – przemknęło mi przez głowę. Świadczyła o tym obecność naczelnika Human Resources, sekcji odpowiedzialnej za wewnętrzną propagandę. HR-owcy przeprowadzają rozmowy dyscyplinujące z opornymi elementami korporacyjnej układanki i urządzają naloty w miejscu zamieszkania, gdy pracownik przebywa na chorobowym, czyli albo usiłują niepokornego robola utemperować, albo szukają pretekstu do jego zwolnienia. Generalnie trzymają sztamę z przełożonymi i wszystkie sytuacje sporne między szefostwem a podwładnymi rozwiązują na korzyść tych pierwszych. Ostatnio wyrolowali chłopaka z obróbki wstępnej, który doniósł na swojego mistrza, że ten tak mu uwłaczał: „To ma być tempo pracy? Ruszasz się, kurwa, jak jakiś pedał!”. HR-owcy odwrócili kota ogonem i zarzucili chłopakowi brak tolerancji dla mniejszości seksualnych, bo gdyby był tolerancyjny, toby nie odebrał słowa „pedał” jako obraźliwego. A że poszanowanie innych jest jednym z fundamentów etyki firmy, więc jeśli sytuacja się powtórzy, to będą zmuszeni wlepić mu naganę. I właśnie teraz siedzi naprzeciw mnie największa szycha w departamencie propagandy i represji, dając mi do zrozumienia samą swoją bytnością, że chodzi o coś więcej, niż o niezaakcentowaną kontrolę wzrokową. Pytanie zadał jednak menadżer hali i to do niego skierowałem mą odpowiedź:

To prawda, być może w przypadku pewnych procesów oglądanie przeze mnie detali mogło wydawać się pobieżne. I nawet wiem dokładnie, o które procesy chodzi. Wszędzie tam, gdzie maszyna obrabia powierzchnię zewnętrzną, akcentowanie kontroli wzrokowej mogłoby świadczyć jedynie o tym, że jestem na wpół ślepy. W tych przypadkach obrabiana powierzchnia jest doskonale widoczna, tym bardziej, że sprawdza się tylko gładkość tafli, a proszę mi wierzyć, że wszelka surowizna od razu rzuca się w oczy. Jeśli chcecie, to możemy zresztą pójść na linię i potwierdzić, czy są to te same procesy, przy których zauważyliście nieprawidłowości.

Wiedziałem, że żaden z nich nie ma zielonego pojęcia o procesach obróbczych poszczególnych maszyn, i że po mojej ripoście nie pofatygują się na linię, żeby się całkiem nie pogrążyć. W przekonaniu tym dodatkowo utwierdziła mnie nieskrywana złość, rysująca się na twarzy menadżera hali. Mały generał, który często przechadza się wte i we wte i przez godzinę powtarza na głos kilka zdań przed czekającą go pięciominutową prezentacją, nie dawał jednak za wygraną:

Słuchaj, a może ty masz jakieś problemy? Może możemy ci jakoś pomóc? Bo ostatnio twój poziom motywacji jest bardzo niski. Skarżył się na ciebie mistrz, że rzadko zostajesz na nadgodziny. Poza tym twoja absencja chorobowa znacznie przekracza dopuszczalny próg dwóch procent w skali roku. Ale o tym może już dokładniej Marek. Ty Janusz możesz już wracać do swoich zajęć.

No to mamy pierwszego odstrzelonego” – pomyślałem. „Miernota z kontroli jakości już nie wspomoże wodza swą wątpliwą wiedzą. Pewnie zakładali, że od razu mnie złamią i że zacznę się mętnie tłumaczyć, a wówczas przyboczny wkroczy do akcji i zacznie mnie uświadamiać, jak istotną sprawą jest jakość w naszej korporacji. A przecież jeszcze tydzień temu mały generał miał kontrolę głęboko w dupie. Jak trzeba było obciąć dwie osoby, to kłapał dziobem: «Nie sprawdzaj tak dokładnie, tylko jedź szybciej, bo się nie wyrobisz». I jeszcze to jego: «Nie bój się, nic ci nie zrobimy». Co ten kurduplowaty pajac ma w głowie? Wydaje mu się, że wszyscy drżą na jego widok?”. Tymczasem do akcji wkroczył Marek, magister inżynier dusz po psychologii pracy, prawdopodobnie ostatni as w talii menadżera hali. Lecz zanim się odezwał, w sposób nazbyt eksponowany położył na stole opasłą teczkę z papierami. Prawdopodobnie chciał mi w ten sposób zakomunikować, że posiada na mój temat mnóstwo informacji. Nie od razu, bo ładnych kilka sekund po tym zagraniu, Marek wyciągnął z teczki pierwszą z wierzchu kartkę, przez moment na nią zerkał, aż wreszcie powiedział:

Więc tak, Grzegorzu, w bieżącym roku twoja absencja chorobowa wynosi aż 60 dni kalendarzowych, co plasuje cię w ścisłej czołówce pracowników niedysponowanych. I biorąc pod uwagę fakt, że mamy dopiero połowę czerwca, jest to liczba bardzo niepokojąca. Powiedz nam szczerze, czy powodem tak długiej nieobecności w pracy nie jest przypadkiem twoje zniechęcenie? Oczywiście, nikt nie sugeruje, że załatwiłeś sobie lewe zwolnienie. Wiemy, że byłeś po operacji przepukliny, ale wiemy też, że jest to operacja raczej rutynowa. Przecież wszyscy twoi koledzy po fachu, którzy też ją przeszli, wracali do pracy dużo wcześniej. Sprawdziłem, bo mamy takie dane w naszej bazie. Przeprowadziliśmy też rozmowę z kilkoma pracownikami, którzy dobrze cię znają. Wypytywaliśmy ich między innymi o twoje zaangażowanie w pracę i sprawy firmy. I wiesz co, najczęściej powtarzały się opinie, że jesteś jakby nieobecny, jak gdyby w ogóle nie obchodziło cię, co się dzieje na twoim dziale. Nie robisz kaizenów, sporadycznie zostajesz na nadgodziny, nie angażujesz się również w kołach jakości. Posłuchaj, jeśli masz jakieś kłopoty z przełożonym, uważasz, że jesteś dyskryminowany, niesprawiedliwie traktowany na tle grupy, to podziel się tym z nami, a my postaramy się rozwiązać twoje problemy. To samo tyczy się zdrowia. Możemy załatwić ci badania poza kolejnością, wizyty u specjalisty, możemy nawet sfinansować w całości niektóre płatne zabiegi. Pamiętaj, że jesteśmy tu po to, żeby ci pomóc i zrobimy wszystko dla twojego dobra.

Jasne, powiem wam, co sądzę o mistrzu, a wy bez kolejki skierujecie mnie do specjalisty – opłaconego przez was psychiatry, który wyda orzeczenie, że jako osobowość dyssocjalna nie nadaję się do pracy zespołowej, czyli na dotychczasowym stanowisku. A potem, żeby nie było, że o mnie nie dbacie, zaproponujecie mi samodzielne odśnieżanie chodników w okresie zimowym, na ćwierć etatu” – rozważałem w milczeniu. Postanowiłem jednak, że w odpowiedzi na tą zmyślną wiązankę podziękuję za troskę, trochę ponarzekam na zdrowie i odegram skruchę. W ten sposób nie dam mojemu adwersarzowi żadnych punktów zaczepienia, do których mógłby dopiąć kontrargumenty. I kiedy już powiedziałem swoje, na koniec wyrażając chęć poprawy, wówczas szef zakładowej propagandy oznajmił, że w takim razie on już do mnie nic nie ma, zabrał teczkę z biurka, wstał i zachowując pozory kurtuazji grzecznie pożegnał się z nami. Zostaliśmy sam na sam z menadżerem hali. Krępującą ciszę pierwszy przerwał mały generał:

Posłuchaj Grzesiu, to wcale nie jest tak, że ja chcę ciebie gnębić. Uwierz mi, ja tu was wszystkich traktuję jak własne dzieci. Bronię was i chronię, narażam własną dupę. Trzy lata temu prawie się popłakałem, jak się z wami żegnałem. I strasznie się cieszyłem, kiedy wróciłem, kiedy z asystenta awansowałem na menadżera i znowu mnie do was przydzielili. Ale wiesz, są naciski z góry. Ten stary żółty chuj stawia przed nami zadania, których nie da się wykonać. Myślisz, że ja was chcę poganiać? Gdyby to ode mnie zależało, to mielibyście tutaj sielankę.

Na chwilę zawiesił głos, ale ponieważ uparcie milczałem, więc zdecydował się kontynuować:

Grzesiu, przecież ty jesteś inteligentnym gościem. Potrafisz wczuć się w moją sytuację. Masz zresztą lepsze wykształcenie ode mnie. Marnujesz się i nic z tym nie robisz. Już dawno powinieneś być pozaliniowym. A gdybyś tak dał sobie pomóc? Mógłbyś mi czasem powiedzieć, co się dzieje na hali, jakie są nastroje załogi. Ja jestem non stop zabiegany i wszystkiego nie daję rady ogarnąć. To dla mnie ważne, bo wiesz, trzeba oddzielić kurwy od porządnych ludzi. Przełożony powinien mieć pod sobą samych zaufanych podwładnych. Powtórzyłbyś mi czasami, co kto o mnie mówi.

Zaniemówiłem. Najpierw usiłuje się mnie wszelkimi sposobami stłamsić, by po chwili oferować mi ciepłą posadkę konfidenta. Spojrzałem na menadżera. Wcale nie wydawał się być zakłopotany. Pewny siebie gnój, który nie po raz pierwszy wyjeżdża z podobną propozycją. Prawdopodobnie większość ulega, wzmacniając w ten sposób jego poczucie pewności. Wzdrygnąłem się. W pierwszym odruchu postąpiłbym tak, że próbowałbym się jakoś wymówić. Powiedziałbym: „Przykro mi, ale ja nic nie wiem. Rzadko z kimś rozmawiam i nie przysłuchuję się, gdy ktoś inny gada”. Jednak kiedy ujrzałem ten plugawy wyraz twarzy, ogarnęło mnie obrzydzenie. Nie widziałem naprzeciw siebie człowieka, tylko hienę.

Wiem, że to mało prawdopodobne, ale gdyby prezes zaproponował mi to samo, to czy powinienem odmówić? – Zapytałem.

Jak to prezes?

No normalnie. Pytam teoretycznie, bo oczywiście nigdy do tego nie dojdzie.

Głupie pytanie. Wiadomo, prezesowi się nie odmawia.

Ale zdajesz sobie sprawę, że gdybym się zgodził, to musiałbym donieść, co o nim przed chwilą powiedziałeś? Że nazwałeś go starym żółtym chujem.

Zbladł. Opuścił wzrok i przez moment nerwowo obracał długopis w palcach. Wreszcie wydusił z siebie:

– Ty mi grozisz?

Nie. – Odparłem. – Ja tylko uzmysławiam ci niedorzeczność twojej propozycji.

Idź już. I od razu na linię. Zostało jeszcze piętnaście minut produkcji.

Wstałem. Skierowałem swe kroki w stronę drzwi.

– Cześć! – Powiedziałem, odwracając głowę w progu. Byliśmy na ty. One team. Wielka fabryczna rodzina. Uściski rąk na porządku dziennym. Zdarzało się nawet przybicie żółwika, gdy pracowałeś w rękawicach roboczych, a on przechodził obok i chciał pokazać jaki z niego wyluzowany przełożony. Ale ten pozornie spontaniczny gest podszyty był troską o to, byś nie marnował cennych sekund. Jakby mały generał chciał ci w ten sposób dać do zrozumienia: „Nie, nie ściągaj rękawic! Ja ci żółwika przybiję, ujebię sobie skrawek piąstki smarem, żebyś tylko szybko zapierdalał dalej”. Lecz tym razem nie skinął choćby dłonią i w ogóle nie odpowiedział na moje pożegnanie. 

Szedłem pasem wydzielonym dla pieszych, przebiegającym wzdłuż hali. Po drodze minąłem okazały transparent, wywieszony z okazji bieżącego miesiąca, który ogłoszono miesiącem jakości. W naszej fabryce rok podzielono na kwartały i wyodrębniono miesiące, z tymże nie są to miesiące kalendarzowe, a powtarzające się w niezmiennej kolejności: miesiąc bezpieczeństwa, ekologii i jakości. Na początku każdego z nich zakładowi ideolodzy ozdabiają halę dziesiątkami plakatów, transparentów czy naklejek. I w zasadzie mógłbyś nie kojarzyć, że według kalendarza przypada właśnie czerwiec, ale gdy rozejrzysz się wokół i twój wzrok spocznie na pierwszym lepszym transparencie, wówczas jesteś pewien – właśnie mamy miesiąc jakości. Czasami jednak nie sposób doszukać się w haśle związku z tematyką danego miesiąca, jak choćby w aktualnym sloganie, który prezentował się tak:


W firmowej propagandzie głaskany po głowie klient zawsze górował nad ciemiężonym robolem. A w przypadku wiszącego nade mną arkusza, widniejące na nim równanie wręcz idealnie uwypuklało nierówności: po stronie klienta zadowolenie, po twojej – znój i poświęcenie. Twoja niewolnicza praca = jego satysfakcja. Wyglądało to tak, jakby jakiś wyimaginowany interesant z wypchanym portfelem rozkoszował się faktem, że ty nędzny łapserdaku męczysz się niemiłosiernie. Jednak zdarzyło się kiedyś, że robotnik z krwi i kości zatriumfował nad mitycznym klientem. Swego czasu Szymek, chłopaczek, który zatrudnił się w fabryce świeżo po szkole, zwierzał się mi przy piwie ze swych melanżowych przeżyć. Słuchałem paplaniny Szymka niezbyt uważnie, aż do momentu, gdy z jego ust padło słowo-klucz, słowo, dzięki któremu w mej uśpionej wyobraźni ożyły wszystkie te zakładowe mądrości z ukontentowanym kupującym. Napruty w trzy dupy Szymek opowiadał, jak tłukł na baletach jakiegoś leszcza.

No, i kurwa zajebałem klienta. – Zwieńczył swą pijacką balladę, a ja ironizowałem w myślach: „O matko boska, on zajebał klienta! I dla kogo będziemy teraz wypruwać żyły na linii? Co z naszymi celami, priorytetami, planami sprzedaży? Mały generał się chyba pochlasta!”.

Spojrzałem na zegarek. Do końca zmiany pozostawało trzynaście minut. Uznałem, że warto skorzystać z okazji i wreszcie się wypróżnić. Zaszedłem do kibla. Pierwsza kabina była zajęta. Na jej drzwiach przyklejona była naklejka:




Cóż, nie tak dawno mieliśmy miesiąc bezpieczeństwa i przez równe 30 dni nasza hala była najniebezpieczniejszym miejscem na świecie. Sądząc po ilości ostrzeżeń, rozwieszonych przez zapobiegliwy raz na kwartał dział BHP, przeżycie w tym blaszaku choćby godziny graniczyło z cudem i było mniej prawdopodobne, niż przetrwanie nocy w Puszczy Amazońskiej. Większość komunikatów już zdjęto i zagrożenia odeszły w niepamięć, bo miejsce bezpieczeństwa zajęła następna w kolejności ekologia. Pozostały nieliczne perełki, jak ta naklejka, przestrzegająca nawiedzających szalet, że otwierając wrota sracza mogą pierdolnąć się nimi w czerep. Podszedłem do drzwi drugiej kabiny. Ozdobione były identyczną wywieszką, z tym że jakiś podążający na tron literat przerobił ją w ten oto sposób:



Wszedłem do środka. Podniosłem klapę sedesu. Muszla była zatkana, zaś w wodzie sięgającej niemal do poziomu deski pływały ekskrementy. „Gówno zawsze wypłynie na wierzch” – pomyślałem. Ta oklepana fraza była niezłą puentą dzisiejszych wydarzeń.

Nagle zapragnąłem znaleźć się na linii, pośród zawsze tak samo brzmiących maszyn, z dala od tych wszystkich skurwieli, którzy co innego mówią wprost, a co innego za plecami. Wdrapałem się po schodkach na podest i rozejrzałem wokół. Zastępował mnie Rafał, chłopak, który pracował z nami parę lat temu, dopóki nie przeniesiono go na inny dział. Najwyraźniej majster trząsł się ze strachu o normę, skoro na czas mej nieobecności załatwił wsparcie. Nie przepadałem za Rafałem. Był typem człowieka, który świata nie widzi poza tą pracą. Do roboty przyjeżdżał dwie godziny wcześniej i kręcił się bez celu po hali. Przyszła ofiara karōshi – śmierci z przepracowania. W Japonii jest ona zjawiskiem nagminnym, przez co stała się przedmiotem badań socjologii i medycyny. Podszedłem do Rafała, nie mając najmniejszej ochoty na dłuższą wymianę zdań. Rozmowa z nim ograniczała się do przeżyć pracowniczych: wyciek chłodziwa, poluzowany posad, złamany gwintownik. A że nie widzieliśmy się od dawna, więc przywitałem go pasującym jak ulał, wyświechtanym pytaniem:

Cześć Rafale! Co słychać? Jak tam życie?

Jakoś się toczy. – Mruknął pod nosem, wyjął detal z tokarki i nie oglądając się na mnie pognał do następnej maszyny.