niedziela, 24 czerwca 2018

 MOJŻESZ 

Fragment książki reporterskiej „Raj dla grzeszników"


Nie wierzę, że przed Mojżeszem rozstąpiło się morze. Być może przypłynął pontonem. Jeśli tak, to najbliższa i najmniej wyczerpująca byłaby droga przez Maroko do Hiszpanii, bo Mojżesz pochodzi z Gwinei. Według Google Maps trasa, którą trzeba by przejechać samochodem z Konakry, stolicy zachodnioafrykańskiego państewka, do wysuniętego na północny skraj kontynentu Tangeru, to 4135 km, a przewidywany czas jazdy – 2 dni i siedem godzin. Za to droga morska z samego Maroka, z okolic portu Tanger Med do Tarify w Andaluzji, wynosi niewiele ponad 15 mil morskich, czyli niecałe 30 kilometrów. Tylko jeśli rzeczywiście przedostał się w ten sposób do Europy, to jakim cudem znalazł się w Pradze? Jest mało prawdopodobne, że kontynuował swą podróż pontonem, wykorzystując sieci rzeczne. Wełtawa z całą pewnością nie wpada do Morza Śródziemnego czy Atlantyku w pobliżu Cieśniny Gibraltarskiej, ani nie łączy się z którąś z rzek andaluzyjskich, choćby Gwadalkiwir. I dlaczego nie został w Hiszpanii? Dlaczego akurat Czechy wybrał na swą Ziemię Obiecaną? Dla czeskich kobiet, które uchodzą za wyzwolone seksualnie, szczególnie wśród amatorów porno filmików na Red Toube? Dla knedli z wołowym gulaszem i zimnego pilsnera, od których brzuch robi się krągły, jak u afrykańskiego dygnitarza? A może dla stravenek – bonów żywnościowych, które dostajesz jako bonus będąc zatrudnionym i kupisz za nie wszelkie produkty spożywcze, prócz papierosów i alkoholi? Kto wie, możliwe, że właśnie dla stravenek, dlatego zawsze, gdy go spotykam, prosi mnie o papierosa, a ostatnio naciągnął na piwo w hospudce. Niewykluczone, że utrzymuje się tutaj wyłącznie z bonów, a pieniądze z wypłaty przesyła na czarny kontynent głodującej rodzinie. Bo Mojżesz pracuje. Widziałem go kilka razy wsiadającego do robotniczego autobusu, odjeżdżającego z przystanku przy opatovskim metrze. Mojżesz pracuje, nie żebrze. Na stacji metra zaczepia przechodniów i prosi ich wyłącznie o to, co im do życia zbędne – alkohol i nikotynę. A mijający go przechodnie to w większości korpoludkowie, spieszący się na metro z deadlinem zaciskającym się niby pętla na szyi – metroseksualni drwale, kobiety osy wyrzucające tysiące koron w błoto, byleby tylko jeszcze ściślej zacisnąć pasa. Mojżesz jak Leon Zawodowiec jest czyścicielem – oczyszcza z toksyn otoczenie. Wyłudza od ludzi to, co im szkodzi. „Kopsnij szluga - mówi Mojżesz. Najlepiej daj kilka naraz. Nie zachorujesz na raka, nie sczernieją ci paznokcie u stóp od martwicy, nie staniesz się wskutek jarania impotentem. Nie wymiękniesz w świecie singli, gdzie walka o samicę-singielkę oznacza ujarzmienie jej 5 wrogo nastawionych wobec ciebie kotów persów, które wypowiadają ci dżihad, kiedy ją przytulasz”. „Daj na piwo – kontynuuje. Wypiję za ciebie, nie urośnie ci brzuszek. Będziesz miał kaloryfer godny Christiano Ronaldo. Koszule slim fit będą idealnie leżeć na twoich żeberkach. No daj na browar, nie bądź Żyd”.

Po raz pierwszy spotkałem go na boisku do koszykówki, nieopodal ubytovni. Szedł w poprzek asfaltowej nawierzchni. Wyglądał groźnie – postura Mike'a Tysona, kaptur zaciągnięty na głowę. Spod niego spoglądały w mym kierunku wielkie białka oczu, wyraźnie odcinające się na tle czarnej niczym smoła twarzy. Moses, bo tak brzmi w oryginale jego imię, jest małomówny. Zapytał tylko, czy może ze mną porzucać. Przytaknąłem, odruchowo namierzając wzrokiem plecak, w którym zostawiłem komórkę i portfel. Podczas wspólnego rzucania w pewnym momencie na jego chłodne oblicze wstąpił uśmiech. Widać było, że gra sprawia mu przyjemność. Po kilku minutach luźnego, koszykarskiego treningu, ożywił się. Komplementował moje udane zgrania, oklaskiwał celne rzuty. Cieszył się niczym dziecko, dla którego nie jest ważna rywalizacja, tylko zabawa. Na pożegnanie wycelował palec w stojący naprzeciw boiska betonowy wielopiętrowiec. Tutaj mieszkam – powiedział, wskazując jakieś okno w górnych partiach budynku i obiecał, że od teraz będzie mnie wypatrywał na boisku, a gdy tylko dostrzeże, szybko zbiegnie.

Kolejny raz ujrzałem go parę miesięcy później. Pamiętał moje imię, pochwalił się, że kupił piłkę. Po wyrazie twarzy widać było, że jest z tego faktu dumny. Że teraz on też ma piłkę i nie musi ode mnie pożyczać. Zapytał, czy porzucamy dzisiaj. Odpowiedziałem, że może wieczorem, bo teraz mam czas rozplanowany na kilka godzin do przodu. Nie wyrobiłem się wtedy – wróciłem w nocy.

Nasze trzecie spotkanie miało miejsce mniej więcej po miesiącu od poprzedniego. Poprosił mnie o papierosa. Poczęstowałem. Na pytanie, czy postawię mu piwo, odpowiedziałem twierdząco. Chciałem się czegoś więcej o nim dowiedzieć, a wiedziałem tylko, jak ma na imię i skąd pochodzi. Kiedy zamawiałem kolejkę przy barze, Moses wyjął ze słoika stojącego na kontuarze lizaka za 10 koron. Zapytał, czy mu go kupię. Spojrzałem zdziwiony w jego stronę. Potężnie zbudowany mężczyzna na tę krótką chwilę znów był dzieckiem. Wpatrywał się we mnie wzrokiem małego, czarnego niewiniątka, które próbuje naciągnąć na słodycz surową matkę. Powiedziałem, że nie mam już więcej koron, wręczyłem mu piwo i usiedliśmy przy stoliku w ogródku. Siedzieliśmy przez moment w milczeniu. Przerwałem je, pytając czy chodzi czasem na boisko porzucać. Odpowiedział, że codziennie wypatrywał mnie przez okno, ale nie zauważył. Wytłumaczyłem mu, że od kilku miesięcy chodzę na inne boisko, gdzie grają najlepsi streetballowcy w Pradze. Że fajnie by było, gdyby kiedyś tam ze mną poszedł. W odpowiedzi usłyszałem, że nie lubi grać na poważnie, woli się po prostu powygłupiać, czerpać radość z samego rzucania. To mu dobrze robi. Znów zamilkliśmy, a z jego twarzy zniknął uśmiech. Po chwili to on się odezwał pierwszy, pytajac mnie, czy chcę może kupić jakieś narkotyki. Dodał, że ma dostęp do wszystkich, jakich dusza zapragnie i że to bardzo dobry towar. Pokręciłem przecząco głową. Dopijając piwo, próbowałem się jeszcze coś od niego wyciągnąć. Spytałem, czy tam, skąd przyjechał jest ciężko, czy zostawił tam rodzinę, czy tutaj jest mu lepiej? Odpowiadał zdawkowo, że owszem – ciężko, że nie ma żony ani dzieci, ale w Gwinei zostali jego rodzice i rodzeństwo, że tutaj jest o.k. Tak skończyło się nasze spotkanie. Na kolejne piwo już się naciągnąć nie dałem.

Po powrocie do mego pokoju w ubytovni, włączyłem laptopa i wszedłem na internet. Chciałem dopowiedzieć niedopowiedziane. Wyszukać parę informacji na temat Gwinei, warunków życia w tym kraju, jego historii. Oto co znalazłem:

1) na stronie polakzagranica.msz.gov.pl wyczytałem: „Ministerstwo Spraw Zagranicznych przypomina o skutkach epidemii gorączki krwotocznej Ebola w Gwinei, które wpływają negatywnie na sytuację bezpieczeństwa oraz dostępność podstawowej opieki medycznej w tym kraju. Z uwagi na napiętą sytuację polityczną w kraju, wciąż możliwe są demonstracje i zamieszki na tle politycznym i etnicznym, w szczególności w dużych miastach. W związku z tym Ministerstwo Spraw Zagranicznych ostrzega przed podróżą do Gwinei, a osobom przebywającym w tym regionie zaleca zachowanie szczególnej ostrożności. Należy stosować się do poleceń miejscowych służb porządkowych oraz śledzić najnowsze komunikaty o stanie bezpieczeństwa”.

2) portal wgospodarce.pl w artykule „Swojskie klimaty z «Krwawego Diamentu» czyli polskie inwestycje w Gwinei” pisze w nagłowku: „W walkę o gwinejskie bogactwa naturalne włączyli się trzej Polacy: Zbigniew Kulig, Jan Kulczyk oraz Roman Karkosik. Szczególnie ta pierwsza postać budzi sporo emocji ze względu na podejrzenia o handel bronią”. Z artykułu dowiadujemy się między innymi, że Kulig usiłował załatwić koncesję na wydobycie ropy oferując w zamian polskie uzbrojenie z demobilu, do którego dostęp mieli mu załatwić oficerowie WSI. W rezultacie po śmierci prezydenta Conte i zmianie władzy podpisał umowę o udziale w zyskach z wydobycia w zamian za broń. Jednak ropa z budzących zainteresowanie biznesmena odwiertów nigdy nie trysła. Szczęścia w Gwinei próbował też Kulczyk, który wraz ze wspólnikami usiłował przeforsować zmianę prawa wydobywczego w Gwinei i przez spółkę Palladino Holding i udzielił dziwnej pożyczki w wysokości 25 mln dolarów państwowej firmie zarządzającej wydobyciem surowców w Gwinei. Kiedy dowiedziały się o tym brytyjskie media, wybuchła afera. Działania Kulczyka zostały uznane za próbę wręczenia łapówki synowi ówczesnego prezydenta – Alphy Conde. Po tym fakcie Kulczyk wycofał się z przedsięwzięcia. Artykuł wieńczy wiadomość, że „gwinejskim złotem i boksytami zainteresował się inny polski miliarder Roman Karkosik. Jego firma giełdowa «Krezus» wykupiła trzy niewielkie koncesje w regionie Boffa. Na razie prowadzi badania”.

3) Z kolei na stronie tvp.info czytam: „Do wybrzeży Włoch wciąż przybijają łodzie z uchodźcami z Północnej Afryki. Do końca kwietnia 2017 przybyło tam 37,3 tys. osób (w całym 2015 było to 181,5 tys. osób). Jak podaje «Bild», ponad połowa z nich (55 proc.) pochodzi z Nigerii, Bangladeszu, Gwinei, Wybrzeża Kości Słoniowej i Gambii”.

Nie licząc hasła w wikipedii odnajduję jeszcze tłumaczenie artykułu z «Süddeutsche Zeitung», zatytułowanego „Trzeba sobie ubrudzić ręce”. Jego nagłówek głosi: „Jak doprowadzić do nędzy państwo bogate w surowce? Beny Steinmetz wam to załatwi, tak jak załatwił Gwineę”. Dowiaduję się też, że w rankingu Mercera, jednej z największych firm konsultingowych, która opublikowała listę miast na świecie, gdzie żyje się najgorzej, stolica Gwinei – Konakry zajęła 10 miejsce. Czytam też o przeprowadzonej rok temu we Wrocławiu akcji „100 000 książek dla Gwinei – pomóż dzieciom z Gwinei w nauce czytania i pisania”. Zorganizowano ją dlatego, że Gwinea posiada jeden z najwyższych współczynników analfabetyzmu na świecie oraz, że Konakry miało być kolejną po Wrocławiu Światową Stolicą Książki UNESCO. Poza tym bieda informacyjna, przypominająca biedę w samej Gwinei. Bo przecież kto by się tam interesował jakimś afrykańskim zadupiem? Co najwyżej Kulczyk i kilku innych dobroczyńców ludzkości. Pomyślałem, że skoro brakuje informacji o ojczyźnie Mosesa, to spróbuję dowiedzieć się z internetu coś o nim samym. Wpisałem w wyszukiwarkę google jego imię i przeczytałem:

1) na stronie imiona.info: „Pochodzenie imienia męskiego: nordyckie. Zdrobnienia: Mosuś, Mosusia, Mosunia, Mosuszek, Moseczek, Moseczka, Moseczko, Mosczyk, Mosiczek, Mosaczek”.

2) Na stronie imiona.ovh: „Numerologia imienia: Moses. Imię Moses ma sumę cyfr: 17. Numerologiczne 8. Moses to twórca na dużą skalę. Ma duże zdolności i umie je wykorzystać. Mosesa cechuje inteligencja i duża wyobraźnia. Moses działa poprzez podświadomość, często intuicyjnie potrafi odnaleźć rozwiązanie problemów. Mosesa cechuje otwartość na potrzeby innych. Chętnie udziela pomocy i wszyscy mogą na Mosesa liczyć w potrzebie. Moses to romantyk, ma bardzo wrażliwe odczucia i emocje. U Mosesa dużo jest wrażliwości i czułości. Ma poczucie inności, wiecznie czeka na szczęście, które właśnie ma nadejść. Dlatego też Mosesowi trudno się zadowolić tym co ma, bo tylko niezdobyte rzeczy są pociągające. Moses często bywa w swoim świecie burzliwych emocji i nagłych wzruszeń. Dzięki takiej skrajności Moses potrafi doskonale zrozumieć drugiego człowieka, nawet najskrytsze strony psychiki. Szczęśliwy kamień: Fluoryt”.

A na samym dole strony suplement: „Ma małego ptaka, ale rucha często. Kiepski w szkole, śpi w stodole. Szuja i krętacz, Moses wyruchałby ci psa. Ma smykałkę do interesów, jeździ drogimi furami. Myśli że jest najmądrzejszy, a debil. Ma śmiech jakby koń stał oparty o blachę. Głos ma jak Mysz domowa. Twarz ma jak Oryks południowy. Nogi ma jak seledynek. Szyję ma jak skrzydłoszpon rogaty. Tyłek ma jak szkocka rasa wyżynna. Porusza się jak zebra Grevyego".

Być może Moses przypłynął do Pragi pontonem. Być może jest terrorystą roznoszącym wirus Ebola. W końcu według wikipedii dominującym wyznaniem w Gwinei jest islam. Wyłączam komputer, z niego się nic nie dowiem. Następnym razem spróbuję wyciągnąć od Mosesa więcej. Niewykluczone, że znów niewiele mi powie, bo któż chciałby się dzielić z innymi swym ciężkim bagażem życiowym? Uprzedzenia często biorą się z niewiedzy, milczenie z dumy, a z internetu prędzej się dowiesz jak skonstruować atomową bombę, niż kim jest Mojżesz.

środa, 4 kwietnia 2018


ZAGŁĘBIE R. U. R.

Fragment książki reporterskiej „Raj dla grzeszników"



DOMIN: [...] Jak pani myśli, który robotnik jest w praktyce najlepszy?
HELENA: Najlepszy? Chyba ten, który... , który... , kiedy jest uczciwy i lojalny.
DOMIN: Nie, tylko ten najtańszy. Ten, który ma najmniej potrzeb. A młody Rossum wynalazł robotnika z najmniejszą ilością zachcianek. Musiał go uprościć. Wyrzucił wszystko, co nie służyło bezpośrednio pracy. Tak właśnie pozbył się człowieka, a stworzył robota."

Karel Čapek, R. U. R  – Roboty Uniwersalne Rossuma


Agencje pracy powstały po to, żeby naciągać pracownika. Na tym właśnie polega elastyczność  – kluczowe słowo w elementarzu współczesnego zarządzania. Musisz być bardzo elastyczny, żeby cię można było w nieskończoność naciągać. Żeby ci misiu-pysiu nie puściły szwy. Tak więc agencja naciąga nas, a my naciągamy pokrowce na fotele samochodowe dla Skody. Mlada Boleslav, centralne Czechy. Z pozoru senne i leniwe miasteczko, jednak japońskie wzorce zarządzania produkcją dotarły także do tutejszych fabryk i zrobiły swoje.  Just in Time  pracuje się bez wytchnienia, nie mając nawet czasu się wyciurać. Lepiej przed robotą zbytnio nie napełniać pęcherza, szczególnie czeskim piwem, którego się więcej z siebie wylewa, niż w siebie wlewa. Wszystko robi się tu ręcznie, żeby kosztowo wyprzedzić konkurencję. Wiadomo  praca ludzkich rąk jest tańsza od pracy maszyny. O maszynę trzeba dbać, regularnie przeprowadzać przeglądy, smarować, oliwić, konserwować. Jej żywotność zwykle wylicza się na długie lata. Kosztowała krocie, więc ma służyć jak najdłużej. A jedne ludzkie ręce można przecież wymienić na drugie. Nie ważne czy za rok, za miesiąc, czy choćby dzisiaj. Ważne, że są tanie, a taniocha ma to do siebie, że szybciej się zużywa. W tej agencji pracy nie musiałem przejść nawet badań lekarskich. Po co, jeśli nie bierze się pod uwagę mojej żywotności. Zatem naciągamy opuchłymi palcami te wszystkie materiały, żeby wymagający klient mógł potem usadowić na nich swe cztery litery. A im bardziej wymagający klient, tym większy ból palców, bo najciężej naciąga się obicia skórzane. Tak jakby te dodatkowe odciski i rany na dłoniach miały w nas obudzić świadomość klasową. Odpoczywa się przy parcianych pokrowcach dla biedoty  to twój ziomek, ciułający korony na dziesięcioletnie raty za najtańszy model, pochyla nad tobą głowę. Brygada jest międzynarodowa: Czesi, Słowacy, Ukraińcy, Węgrzy, Bułgarzy, Rumuni, Polacy... Praktycznie cała Europa Środkowa, choć może lepiej byłoby powiedzieć, że to ta Europa, której bogaty Zachód pokazuje swój środkowy palec. A ty po pracy, polegającej na ręcznym naciąganiu skórzanego obicia dla jakiegoś Johna-Francois-Helmuta, nie masz nawet siły wyprostować palca. Sama robota wygląda tak: palcami obu dłoni rozciągasz pokrowiec, nakładasz go na piankę i szkielet, zaczepiasz plastikowy rant obicia o metalowy szkieletu, przytrzymujesz to wszystko ręka, od dłoni aż po łokieć, zapierając się przy tym całym ciężarem ciała, a potem walisz ile wlezie wzdłuż i wszerz gumowym młotkiem, żeby przytwierdzić oba ranty do siebie. Ciężki wysiłek uprzyjemnia nam muzyka, dobiegająca z zawieszonego nad linią produkcyjną głośnika. Hit Radio Pop-Rock. Dla każdego coś miłego. Słodziutka papka dla misia-pysia. Więc uśmierzamy ból śpiewem, tak jak to czynili czarnoskórzy niewolnicy na plantacjach bawełny. W tle leci przebój Hoziera – Take me to Church. I was born sick, but i love it. Command me to be well – śpiewa irlandzki piosenkarz, a my odpowiadamy mu chóralnym Amen!. I gumowymi młotkami wystukujemy rytm na czarnych skórach, poświęconych dla Johna-Francoisa-Helmuta. Urodziliśmy się chorzy, urodziliśmy się w gorszej Europie i jest nam z tym dobrze. Dajcie nam zdrowy wycisk! To nasz robotniczy gospel.

wtorek, 3 kwietnia 2018


MADE IN JAPAN

Fragment książki reporterskiej „Raj dla grzeszników"



Nasz autobus opuszcza Pragę i zjeżdża na autostradę. Po drodze na strefę przemysłową mijamy billboard. W Czechach zbliżają się wybory parlamentarne. Na billboardzie uśmiechnięty mężczyzna w średnim wieku, w tle czeska flaga. W jej górnej, białej części, napis: „Ne islámu, ne teroristům”. Facet z plakatu wyborczego to Tomio Okamura – urodzony w Tokio polityk japońskiego pochodzenia. Inne hasła wyborcze jego partii Wolność i Demokracja Bezpośrednia (SPD) to: Zastavíme nelegální imigraci a diktát EU” („Powstrzymamy nielegalną imigrację i dyktaturę UE”) czy „EU  –  Odejdeme po anglicku” („UE – odejdziemy po angielsku”). Okamura na billboardowym zdjęciu ma przymrużone oczy. Możliwe, że to specjalista do spraw wizerunku zalecił mu pozować z nieco przymkniętymi powiekami, by ich skośność nie była aż tak widoczna. No bo jak to wygląda, kiedy egzotyczny kandydat, sam imigrant, szerzy antyimigranckie hasła? Należało więc jakoś tę egzotyczność zatuszować. Tymczasem w autobusie aż roi się od egzotyki, bo większość miejsc siedzących zajmują Filipińczycy. Pozostałe zapełniają Czesi, Słowacy, Ukraińcy, Węgrzy, Bułgarzy, Rumuni i ja – osamotniony Polak. Jedziemy do fabryki kierującej się japońskimi prawidłami szczupłego zarządzania. To chyba dlatego zawsze pod koniec miesiąca musimy zaciskać pasa. Na palarni przed halą produkcyjną trwa handel wymienny: ja dam ci 4 korony na kawę z automatu, ty poratujesz mnie odrobiną tytoniu. Wypłata dopiero za 10 dni. Hala obklejona jest propagandówką z zakresu lean management. Współzawodnictwo w walce z nieróbstwem trwa w najlepsze – na jednej z tablic nazwiska pracowników przodujących w umilaniu swoim kolegom i koleżankom czasu pracy. Muda Busters, czyli pogromcy Mudy. Ten japoński termin oznacza marnotrawstwo. Najczęściej jest interpretowany jako niepotrzebna strata czasu. Spoglądasz więc na nazwiska odpowiedzialnych za dokręcenie tobie śruby. Właśnie te osoby powinieneś omijać szerokim łukiem, gdy potajemnie przemykasz na palarnię, bo dzięki sprawnej pracy uciułałeś trzy dodatkowe minuty na fajkę. A śruba została już dokręcona do tego stopnia, że aby się wyrobić, trzeba pomijać niektóre czynności. „Tego testu nie rób, chyba że mistrzowa patrzy” – poucza mnie Stefan, dwudziestoparoletni Madziar. To nie tylko spirala nieustannej sprzedaży decyduje o kiepskiej jakości zakupionych przez ciebie towarów. Że niby przedwcześnie zużyty produkt wyrzucisz i wrócisz, żeby znów kupić. To także mechanizm w nieskończoność dokręcanej śruby. „Ulepszanie nie ma końca” – brzmi ostatnie przykazanie w dekalogu kaizen. Co w realiach bitwy na koszta oznacza, że gwint śruby nigdy się nie kończy. W polskiej fabryce zarządzanej po japońsku, gdzie pracowałem przez prawie dekadę, norma produkcyjna była tak wyśrubowana, że pracownicy obrabiali jedną obudowę skrzyni biegów po wielokroć, żeby licznik maszyny policzył ją jako kilka. Uczciwie nie dało się już po prostu uzyskać normy. W efekcie otwory pod łożyska były tak wyrobione, że te czasem nawet z nich wypadały. I wcale niemało takich skrzyń zamontowano potem w samochodach marki, słynącej ze swej niezawodności. Tak kończy się sen o otwarciu granic. Sen o szlachetnej rywalizacji w ramach globalnej gospodarki i o multikulturowym świecie. Polityk na plakacie udaje, że nie jest Japończykiem i imigrantem, by siać ksenofobię, a robotnicy różnych nacji przeciwnie – udają Japończyków i w imię nieustannych ulepszeń wytwarzają szmelc.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018


LOVE 

Fragment książki reporterskiej „Raj dla grzeszników"






Witajcie w świecie robotów, którym się nie chce. Honza ma 21 lat. Pochodzi z Orłowy – trzydziestotysięcznego miasteczka, położonego pomiędzy Ostrawą a Karwiną, odległego o 10 km od polsko-czeskiej granicy. Od trzech miesięcy mieszkamy razem w jednym pokoju, w hotelu robotniczym na praskim Opatowie. Dzisiaj udało mi się po raz pierwszy namówić go do pójścia w jakieś inne miejsce, niż pobliski market Billa albo hospudka. Do hospudki też zresztą nie chodzi często, bo piwo droższe niż w sklepie i nie starczyłoby na skero. Skero to czeski slangowy odpowiednik angielskiego skunk czy polskiego skuna – marihuany z największą ilością THC i o bardzo intensywnym zapachu. Honza inwestuje w towar ponad połowę pensji, ma zaufanego dilera. Kupuje spory zapas zaraz po wypłacie i dumnie mi go prezentuje, jak jakiś łup wojenny. Pali trawkę z prowizorycznego bonga wykonanego z plastykowej butelki. Zaciąga się roztworem pary wodnej i dymu z marihuany, po czym przez parę sekund bardzo intensywnie kaszle, niemal dusi się, jakby miał za moment zwymiotować. Każdorazowo ten ceremoniał kwitowany jest kciukiem wyciągniętym w górę, co ma oznaczać, że materiał ma dobrego kopa. I choć na zewnątrz pełnia lata, bezchmurne niebo i słonecznie od co najmniej tygodnia, to jemu do pełni szczęścia więcej nie trzeba. Kciuk wyciągnięty w górę i kilka lajków na fejsie pod niewyraźnym selfie, od hotelowych kolesi, którzy czasem wpadają do naszego pokoju na jaranie. „Kamo, ty jsi dobre zhulenej” (tłum. "Ziom, jesteś zajebiście ujarany”) – komentarz jednego z nich pod zdjęciem. Tymczasem Honza przez cały tydzień niemal nie wychylał nosa poza hotel, wychodząc na zewnątrz jedynie po to, by przemierzyć stumetrową drogę na przystanek, skąd odjeżdża autobus do roboty. Zresztą często zdarza się, że w ogóle nie idzie do pracy. Dzwoni wtedy do koordynatora, tłumacząc się, że boli go głowa, wymiotował lub wynajdując inną wymówkę. W kraju o najniższym bezrobociu w Unii Europejskiej każde ręce do pracy są cenne. Nawet te, które co kilka dni chwytają za telefon, by poinformować, że dziś się żadną pracą nie zhańbią. Dla Honzy stolica Czech to nie Most Karola, Hradczany, Wyszehrad, widoki z wzgórza Petrzin czy Ogrodów Leteńskich. Jego Praga to betonowy dziewiętnastopiętrowiec na Opatowie, najbliższy market i pierwsza z brzegu hospudka. Ale dzisiaj namówiłem go wreszcie, żeby poszedł ze mną pograć w kosza. Na nogach ma markowe buty air Jordan. Mówi, że kiedyś uwielbiał grać, ale to było tak dawno temu... Zawiesza głos i robi długą pauzę, jakby chciał podkreślić ile to już lat minęło. Na ten moment role się jak gdyby odwracają – to on jest prawie dwa razy starszy ode mnie. Jakbym miał przed sobą czterdziestolatka, który całą swą młodość i wigor pogrzebał przed dekadą pod stertą życiowych porażek. Dwudziestojednolatek z jedną nogą w grobie. Pochodzi z rozbitej rodziny, jak większość jego rówieśników tułających się po hotelach robotniczych. Matka zdradzała ojca, rozstali się, gdy Honza miał 12 lat. On został z ojcem, a dwóch młodszych braci z matką. Szybko wciągnęła go ulica. Jeszcze rok temu był uzależniony od metaamfetaminy. „Teraz już tego gówna nie ruszam” - chwali się. „Teraz tylko czyściutka trawka. Samo zdrowie. Nie rozpierdala ci łepetyny”. Pieszczotliwie nazywa mnie mamką, bo gotuję obiady, którymi się z nim dzielę, budzę rano, próbując zmobilizować do pójścia do pracy. Prawdziwej matki nienawidzi, ma do niej żal za rozbicie rodziny. Dzwoni do niej tylko w sytuacjach krytycznych, nie kiedy brak mu miłości, lecz gdy brakuje love – jak Czesi potocznie określają pieniądze. Kiedy kończy się jego wielki zapas skero – najlepszego lekarstwa na smutek.




*  *  *
cieszmy się z małych rzeczy
małej wypłaty
małej renty

z niskich rat po restrukturyzacji długu
z małej zadyszki po spaleniu szluga
i drobnych przerzutów raka na płuca

cieszmy się z małych rzeczy
małego chuja
małych piersi

krótkich spazmów 
braku orgazmów 
i puenty


*  *  *
admire little things
tiny salary
tiny pension

let's admire
low instalments after negotiated loan
admire
lack of breathe after cigarette
small development of cancer to lungs

let's be happy of little things
small dick
small tits

short spasms
no orgasms
lack of conclusion

przełożył na angielski Andrzej Tadeusz Serdeczny

niedziela, 1 kwietnia 2018


 KAŻDY MUSI KIEDYŚ NA COŚ UMRZEĆ 
Fragment książki reporterskiej Raj dla grzeszników




Na cmentarzu opatowskim, naprzeciw ubytowni, leżą ciała 267 żołnierzy Armii Czerwonej, poległych przy wyzwalaniu Pragi. Od bladego świtu ukraińscy robotnicy najemni stawiają mur właśnie od tej strony cmentarza, gdzie spoczywają żołnierze radzieccy. Część z nich pewnie uciekła przed powołaniem na wojnę w Donbasie. Doręczanym przez listonosza wezwaniem do obowiązku obrony ukraińskiej ziemi przed prorosyjskimi opołczeńcami. Wołodia – czterdziestoletni Rosjanin, mówi na Ukraińców faszyści. „Nie było nigdy żadnej Ukrainy” – dodaje. „Te ziemie zawsze były ruskie. Bo na początku była Ruś Kijowska, a nie żadna tam Ukraina Kijowska. To faszyści z Lwowa wymyślili sobie, że nic ich z nami nie łączy. A przecież Lwów przed wojną nie był ani ruski, ani ukraiński, tylko polski. Jak im się wtedy zachciało do Europy, to trzymali z Hitlerem, bo on rozdawał karty. Teraz liżą dupę Merkel i Unii Europejskiej, jakby nie zdawali sobie sprawy, że ta cała Unia to drugie ZSRR, tylko gorsze. Bo za Sojuza matuszka Rassija troszczyła się o swe adoptowane dzieci. Za to macocha Unia rozpieszcza wysokim kieszonkowym tylko te pierworodne, a przygarniętym każe zapieprzać o chlebie i wodzie”. Wołodia przyjechał do Czech z matką i ojcem zaraz po pierwszej wojnie czeczeńskiej. Jak wielu młodych chłopców walczył na froncie. Kuleje na prawą nogę, mówi, że wciąż tkwi w niej kula po postrzale. Ponoć jako weteran wojenny ma od Putina dożywotnią rentę – równowartość średniej czeskiej pensji. „W Czeczenii byłem dowódcą oddziału” – chwali się. „Większość moich chłopaków robi teraz interesy w Karlowych Warach. Pójdą za mną w ogień. Jeden telefon, że mam problem i po godzinie są w Pradze”. Nalewa mi wódki do szklanki. Drugą kolejkę, choć protestuję, że już nie chcę. „Dobra wódka jeszcze nigdy chłopu nie zaszkodziła” – poucza. „Tylko zła baba. Przewraca im się w głowach z tym równouprawnieniem. A najgorzej jest w Czechach. Tutaj chłop jest nikim. Tutaj baba wokół ciebie nic nie zrobi. Przyłazisz z roboty, to ci nawet kawy nie zaparzy, a co dopiero mówić o obiedzie. Tylko u nas w Rosji baby nie dały się jeszcze zwariować. I w Polsce” – dodaje, po czym przechyla butelkę nad moją wciąż pełną szklanką, jakby tę wzmiankę o ruskich i polskich kobietach, pokornie znoszących męski patriarchat, trzeba było natychmiast nagrodzić toastem. „Za odwieczną przyjaźń Polsko-Rosyjską i uległe baby dwóch wielkich narodów słowiańskich” – brzmiałby pewnie ów toast, gdyby doszło do jego wzniesienia. Ale zorientował się, że nie wypiłem poprzedniej kolejki i w ostatniej chwili powstrzymał drżącą dłoń przed rozlaniem wódki. „A ty czemu nie pijesz?” – pyta z wyrzutem w głosie. „Też ci jakaś durna baba poprzestawiała we łbie?”. Wołodia jest po rozwodzie. Ma córkę i syna, którymi opiekuje się jego była żona – Czeszka. W hotelu robotniczym związał się z Janą – o dwa lata starszą od siebie Słowaczką. Ona też po przejściach, z dorosłą córką z poprzedniego związku. Do Czech uciekła przed długami zaciągniętymi w swym kraju. Problemy topi w alkoholu. Głównie słabym, za to w dużych ilościach. Codziennie pije po 8-12 piw. Dwie dwulitrowe butelki z browarem na dzień to minimum. Córka pracuje w Anglii i często przysyła matce pieniądze, kiedy tej już brakuje na picie. Raczej nie wie, że rozpija swą rodzicielkę. „Napiwki” przychodzą na konto w Euro. Waluta Unii Europejskiej ma w Czechach bardzo korzystny wskaźnik wymienny – za 1 Euro można kupić nawet 4 litry piwa w promocji. Mieszkamy w hotelu przez ścianę, pokój obok pokoju, z wspólną łazienką, ubikacją, aneksem kuchennym i przedpokojem. Parę razy zdarzyło się, że Jana pukała do moich drzwi bardzo wczesnym rankiem, a gdy je otworzyłem ujrzałem roztrzęsioną od delirium kobiecą sylwetkę. Prosiła o szklankę piwa na śniadanie. Problemy znów wypłynęły na wierzch. Jesteśmy sąsiadami od dwóch miesięcy. Przez ten czas Jana była w pracy tylko kilka dni, parę razy agencja zmieniała jej pracodawcę, u ostatniego zaliczyła tylko jeden dzień przeznaczony na szkolenie. Przedłuża zwolnienia lekarskie. Niedawno złamała nogę na schodach. Założono jej gips, chodzi o kulach i chyba szybko do siebie nie dojdzie. Wołodia pracuje więcej, ale epizodycznie. Mniej więcej co dwa tygodnie zmienia agenturę pracy. Jak wpadnie w cug picia, to zapomina, że miał iść do roboty. Zwalniają go za zapominalstwo, nie za alkoholizm. Jest operatywny – w dniu zwolnienia wertuje już ogłoszenia w bezpłatnej gazetce reklamowej, narzekając na poprzedniego pracodawcę i pocieszając się na przyszłość naciąganymi stawkami godzinowymi, którymi próbują przyciągać inne agentury. Przy tej okazji wspomina stare dobre czasy, gdy pracował w montowni autobusów gdzieś na czeskiej prowincji. „Tam to było dopiero życie!” – emocjonuje się. „Można było pić w pracy ile wlezie, nawet z mistrzem nieraz się dało w czapę! Byle się tylko pojawić w robocie i zrobić swoje. Żadnych norm, poganiania, na fajkę se schodziłeś kiedy chciałeś. I porządne pieniądze, osiem lat temu, a człowiek więcej zarobił, niż te ochłapy, co teraz dostaje”. Niestety – To už se nevrátí. Któregoś parszywego dnia Wołodia zapomniał iść do pracy, a kiedy sobie przypomniał, było już za późno, bo już tam nie pracował. Nie wpuszczono go na teren zakładu i nawet nie mógł opić z mistrzem swojego zwolnienia. Teraz wydzwania na numery wyszukane w gazetce z ofertami pracy, a Jana prosi mnie, bym puścił na laptopie jej ulubioną piosenkę, utwór słowackiego zespołu Elan, którego refren brzmi tak:

Jesteś kotką, jesteś kotką, jesteś kotką
O idealnych kształtach
Jesteś piękniejsza niż niebo nocą
Niż modlitwa na kolanach
Jesteś kotką, jesteś kotką, jesteś kotką
Dla mnie najważniejszą z kobiet
W tym najgorszym z piekieł poczekam na moment
Kiedy powiesz, że już kochać cię
Kiedy powiesz, że już kochać cię
Kiedy powiesz, że już kochać cię
Powiesz, że już kochać cię mogę

Trzy tygodnie później na cmentarzu opatowskim, naprzeciw ubytowni, faszyści postawili wreszcie piękny mur, odgradzający nagrobki żołnierzy Armii Czerwonej od ulicy. Tego samego dnia odwiedziłem Wołodię i Janę w nowym pokoju, gdzie się przeprowadzili. Wjechałem windą na ostatnie, dziewiętnaste piętro robotniczego betonowca. Drzwi otworzył mi Wołodia. Zawstydzony odwracał głowę, bo pod okiem miał potężnego siniaka. Jana leżała na łóżku. Nogę wciąż miała w gipsie. Uśmiechnęła się wstając, by mnie objąć na przywitanie. „Adik przyszedł!”. „A ciebie Wołodia, kto tak urządził?” – pytam, siadając przy stole. „No opowiedz mu, opowiedz!” – krzyczy podekscytowana Jana. Weteran pierwszej wojny czeczeńskiej milczy. Za to Jana wcale milczeć nie zamierza: „Opowiedz mu, jak wróciłeś z roboty najebany i zrobiłeś mi jazdę, że gotuje obiad sąsiadowi! I że nie zrobiłam przepracowanemu moczymordzie kawy! Opowiedz mu, jak mnie spoliczkowałeś i próbowałeś się koło mnie pokładać narąbany w trzy dupy! Ale ja Adik dostałam w nerwach takiej siły, że jak mu walnęłam z pięści w mordę i poprawiłam gipsem, to się wystraszyłam, że będę musiała dzwonić dla niego po karetkę! Co, gnoju! Kobietę niedołężną bijesz! Mówię ci, krew mu się z ucha tak lała, że naprawdę się wystraszyłam”. Tymczasem poszkodowany, który najwidoczniej nie doczekał się interwencji junaków z Karlowych Warów, wyciąga z lodówki flaszkę wódki i nalewa mi szklankę. „Chodź, napijemy się” – mówi. „Nie mogę” – odpowiadam mu. „Nie robi mi to dobrze na zdrowie”. „E tam, pieprzysz. Przecież każdy musi kiedyś na coś umrzeć”. Postanawiam jak najszybciej skorzystać z jego ludowych mądrości. Nie piję jednak wódki, lecz zapalam papierosa. A kiedy ostatki popiołu lądują w popielniczce – żegnam się z nimi i odchodzę. Zjeżdżam windą z powrotem na czwarte piętro. Wchodzę do mojego pokoju, kładę się na łóżku i sięgam dłonią do kieszeni kurtki, z której wyciągam smartfona. Zaczynam przeglądać strony w internecie. W Polsce czarny piątek. Tysiące kobiet wyszło na ulice miast i miasteczek, by protestować przeciw projektowi restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej. Nasze słowiańskie białogłowy postawiły się ciemnogrodowi. Zatem do toastu za uległe baby wielkiego narodu Polskiego raczej prędko nie dojdzie. „Moje jajniki, wasze klęczniki!”, „Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek!”, „Umiemy gotować, zgotujemy wam rewolucję!” – to tylko niektóre z haseł na transparentach, wznoszonych przez dzielne kobiety. Otwieram messengera i sprawdzam wiadomości od znajomych. Napisał do mnie Sławek – kolega z czasów pracy w Mlada Boleslav. „Janek nie żyje. Znaleziono go martwego w pokoju w ubytowni. Sekcja zwłok wykazała martwicę trzustki. Jego córki załatwiły już transport zwłok do Polski”. Janek nie wylewał za kołnierz, więc podejrzewam, że to alkohol go wykończył. Młody facet – ledwie 45 lat skończył. Wrócił do kraju po latach zagranicznej tułaczki, lecz nie tak, jakby tego za życia oczekiwał. Ale co zrobić – przecież każdy musi kiedyś na coś umrzeć. Jeden od śmiertelnej rany postrzałowej, oswabadzając świat od faszyzmu. Drugi od narzędzi chirurgicznych, zanim jeszcze zacznie się rozwijać w łonie matki, ratując ją przed śmiercią wskutek porodowych komplikacji. Trzeci konsekwentnie uśmiercając alkoholem swe narządy wewnętrzne i oswabadzając się od samego siebie. Każda opowieść ma swój własny koniec i prędzej czy później musi on nastąpić.

wtorek, 26 września 2017



DZIEŃ DOBRY!




Miałem sen. Śniło mi się, że idę Krakowskim Przedmieściem i wszyscy napotkani ludzie mówią mi "dzień dobry!". Obok mnie przechodzą dwie manifestacje - jedna żąda więcej uśmiechu na co dzień, druga - jeszcze więcej uśmiechu. Idą w przeciwnym kierunku. Gdy mijają się po drodze, pozdrawiaja się nawzajem. Pada rzęsisty deszcz, a mimo to nikt nie marszczy brwi, nie wyrywa włosów z głowy i nie chowa się pod parasolem, wziętym na wypadek zadymy. Z transparentów spływają na protestujących świeżo naniesione farby, barwiąc uradowany tłum na wszelkie możliwe kolory. Orzeł bielik namalowany na prześcieradle ma pawie pióra i lśniące brokatem tipsy zamiast szponów. Chrystus na wystruganym z brzozy krzyżu w kształcie samolotu - wianek z konwalii w miejsce korony cierniowej


Seba

Dzień dobry! Mam na imię Sebastian, ale tak mówiła do mnie tylko moja świętej pamięci mamusia, którą już dawno wzięła do siebie bozia. Wszyscy kumple z dzielni wołali na mnie Seba. Jestem sparaliżowany od pasa w dół i codziennie czekam na śmierć, ktora przyjdzie i powie: "Idź już do mamy, synku, nic tu po tobie". W sumie to powinienem już umrzeć ze starości, bo mam więcej lat niż błogosławiony Bolesław Piasecki, kiedy odchodził. Z czasów młodości pozostała mi już tylko jedna gra na konsolę, w którą rżnę bez opamiętania. Gdy do sali wchodzi lekarz dyżurny, chowam sprzęt pod poduszkę. Przeszedłem dwa zawały i doktor mówi, że powinienem unikać niezdrowych emocji. Raz nawet zabrał mi konsolę na tydzień i w zamian przyniósł książkę. Chyba go pojebało! Nie jestem jakimś pedałem, żeby czytać książki. Ale z tymi emotikonami, wróć, emocjami, to ma trochę racji. Bo kiedy gram na konsoli, wczuwam się, jakby to nie była gra, tylko prawdziwe życie. Nic dziwnego, przecież w tej jednej-jedynej grze zawarta jest cała moja młodość. Zresztą, co mi pozostało? Mogę tylko grać. Nie skopię już ryja żadnemu brudasowi, bo mam nieruchome szkity. A w grze przynajmniej mogę jeszcze przypierdolić, i to jak! Na przykład w tej mojej zręcznościówce. Masz tam do wyboru od chuja postaci - możesz być żołnierzem wyklętym, najemnikiem z wojsk obrony terytorialnej, ultrasem Legii, rycerzem króla Jagiełły, komandosem Grom-u, powstańcem warszawskim, kosynierem, obrońcą Westerplatte, jeźdźcem skrzydlatej husarii, legendarnym Sarmatą, ułanem z przeciwpancerną szablą, a nawet Andrzejem Gołotą. Dodatkowo możesz dobrać sobie od zajebania broni: nóż do kebaba, kij bejsbolowy, sztachetę, szablę przeciwpancerną, o której już gadałem, bazukę, halabardę, koktajl Mołotowa, kałasza, siekierę, kosę, bagnet, karabin snajperski, strzelbę gładkolufową, dwa nagie miecze, tulipana, kastet, procę na skoble, dzidę, maczugę, jarzeniówkę jak z "Gwiezdnych wojen", kostkę brukową, różaniec do podduszania niewiernych, rękawice bokserskie do trzepania jajek, cegłę z gruzów zbombardowanej stolicy, granaty, pistolety, fuzje i armaty, glany z metalowym czubem, czy wreszcie tyczkę Kozakiewicza, dzięki której wszystkie kacapy mogą ci skoczyć, a ty im możesz pokazać, że o, takiego wała, jak Polska cała! Bo pod tymi turbanami mogą się też ukrywać ruscy agenci, co się przebrali za uchodźców z Syrii dla niepoznaki. Tak czy siak misja jest prosta - wszystkich zajebać! Wybić co do jednego jebanych terrorystów! Przerobić cuchnące kebaby na mięso! Wyruchać w dupę kozojebców! Spalić na stosie muzułmańskie czarownice! Ściąć łepetyny szejkom z miliardami dolców, którzy przebierają się w łachmany, udając emigrantów ekonomicznych! Zapierdolić turasa, kręcącego kebsy z psiego ścierwa! Jebać, jebać, jebać kolejorza! Wykastrować cioty! Wypatroszyć pizdę każdej dziwce, co się wyskrobała! Oskalpować punkowskie śmieci! Puścić z dymem cygańskie slamsy! Wykurwić raz sierpem, raz młotem, w lewacką hołotę! Zagazować złodziejską żydomasonerię! Wreszcie - zabić czas, którego pozostało ci tak mało! Bo co masz, kurwa, robić? Czytać książki? Pisać pamiętniki? Lampić się na te dwa zbędne kikuty, którymi już nigdy nie poruszysz?


Jelena

Dzień dobry! Moje imię to Jelena. Przyjechałam do Polski z Ukrainy, z Charkowa. U nas od dawna trwa wojna, już nawet nie pamiętam, kiedy się zaczęła. W sumie to nie mogę pamiętać, bo mnie jeszcze nie było na świecie. Moi rodzice byli wtedy młodzi i pewnie się jeszcze nie znali. W Polsce jesteśmy od trzech lat. Czuję się tutaj bezpiecznie. Na Ukrainie porywają ludzi i słuch po nich ginie. Nawet młode dziewczyny.  Moją koleżankę z klasy wywieźli do lasu, bili i gwałcili. Ludzie mówili, że spotkała ją kara boska, bo się ubierała jak dziwka. I że jest faszystką, bo ma polskie nazwisko, a Polacy to faszyści, którzy pomagają banderowcom jak Hitler w czasie wojny. Jej ciało znaleziono po dwóch tygodniach. Na piersiach wyryli jej nożem swastyki, ogolili głowę do zera. Ludzie mówią, że to dlatego, że była lesbą, a lesby to nie kobiety, tylko szmaty, opętane przez diabła. I że żadna lesba nie ma prawa nosić włosów do pasa. Miała szesnaście lat. W Polsce aż tak się nie boję, chociaż raz się zdarzyło, że mnie na ulicy zwyzywali od ruskich kurew. I straszyli, że mnie zaraz pogonią, jak Piłsudski spod Warszawy ruskich. A przecież jestem z Ukrainy, nie z Rosji. Boże, dlaczego w ludziach jest tyle nienawiści? Dlaczego nie możemy się po prostu szanować na co dzień i wzajemnie nie krzywdzić? Na wojnie widziałam śmierć i cierpienie z bliska. Chodniki w moim mieście były czerwone od krwi jak dywan w Cannes, tylko nie stąpały po nich gwiazdy kina. Przemykali po nich zwykli ludzie, starając się być niezauważalni, bo nie polował na nich fotoreporter, ale snajper. Od samego początku mojego pobytu w Polsce pracuję w żabce, od szóstej do dwudziestej trzeciej, siedemnaście godzin dziennie. Właściwie osiemnaście, gdy się weźmie pod uwagę, że przychodzi się wcześniej, żeby porozkładać pieczywo i gazety, a wychodzi później, bo trzeba rozliczyć kasę. Praktycznie ponad dwa etaty, ale nie narzekam, że mi ciężko. U nas działające bez problemów sklepy z towarem na półkach można było zliczyć na palcach jednej ręki. Poza tym zbieram na studia. Zamierzam iść na medycynę, a to sporo kosztuje. Chciałabym pomagać ludziom wymknąć się śmierci.


Seba i Jelena

Ich pierwsze spotkanie wyglądało tak:

- Dzień dobry!

- Dzień dobry!

- Kim pani jest?

- Nikim, ale zamierzam być lekarzem.

- Ma pani jakiś dziwny akcent. Polka?

- Nie, Ukrainka.

- Wypierdalaj mi stąd kurwo! I żebym cię tu więcej nie widział!

Patrzyła na niego ze strachem w oczach, a on dalej krzyczał:

- Pierdolona nazistka! Banderowska świnia! Powinni ci amputować jajniki, żebyś już nigdy żadnego mordercy nie urodziła! To wy, kurwy, zarzynaliście nasze kobiety i dzieci, paliliście domy i kościoły!

- Nie wiem, o czym pan mówi... Ja nikogo nie zabiłam... - wydusiła.

- Nie wiesz, to se, kurwa, poczytaj! Wołyń! UPA!

Ale jej już nie było, wybiegła z sali przerażona. Po chwili, powłócząc nogami, doczłapała do jego łóżka Krystyna - ostatnia nadzieja polskiego pielęgniarstwa. Jej wszystkie koleżanki po fachu uciekły do Niemiec, Danii, Szwecji bądź Norwegii. Powinna już dawno nie pracować, jednak musiała dorabiać do emerytury. Lekarz prowadzący wyznaczył ją do osobistej opieki nad Sebą, bo pozostałe siostry - te z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii, Iraku, Afganistanu czy Syrii, kłopotliwy pacjent wyzywał od szmat, dziwek i terrorystek. Krystyna miała sześćdziesiąt dziewięć lat i poważne problemy ze słuchem. Pochyliła się nad chorym, odkryła pościel i zaczęła przewracać stawiające opór ciało na bok.

- I po co tak krzyczy, że kupa? Nie pali się przecież. A jak się nie pali, to się i pupa nie odparzy.

- Pani Krystyno, nie kupa, tylko UPA... - wyjęczał, usiłując wydostać się z jej zaskakująco krzepkiego uścisku.

- Upa-dupa-kupa! Przewinąć trzeba, jak się zesrał.

Szarpnęła go mocno za prawe ramię, na którym miał wytatuowaną rękę z mieczem.


Jelena

Zatrudniłam się jako salowa w miejscowym szpitalu. Chciałam być bliżej chorych, przywyknąć do tej całej szpitalnej atmosfery. Moja praca polega na sprzątaniu, myciu tych, którzy nie mogą sobie z tym sami poradzić, wydawaniu posiłków. Opróżniam baseny, podcieram tyłki, zmywam krew z podłogi. Zarabia się marne grosze, ale udało mi się trochę odłożyć na studia, kiedy tyrałam od rana do nocy w żabce. Pracuję na oddziale neurologicznym, gdzie wiele osób to rośliny. Po wylewach, sparaliżowani, wydający z siebie jęki zamiast słów. Cześć z nich umiera po kilku dniach, inni są poddawani żmudnej rehabilitacji. Nauczyłam się ich kochać, nawet tych, z którymi nie da się rozmawiać. Nawet tego sparaliżowanego od pasa w dół mężczyznę, który traktuje mnie po chamsku i wyzywa od faszystek. Wczoraj przyniosłam mu kwiaty - białe i czerwone róże, kolory polskiej flagi. Zaskoczył go ten gest i czuł się trochę zmieszany, co nie przeszkodziło mu cisnąć wazonem o ścianę, kiedy wychodziłam z sali i krzyknąć na odchodne: "Wracaj z tymi badylami do swoich jebanych gestapowców! I powiedz im, że niedługo to będą ich barwy narodowe! A jak im się nie podoba, to raus z polskiego Lwowa!". Nawet nie próbowałam mu tłumaczyć, że nie pochodzę ze Lwowa, ale z drugiego końca Ukrainy - Charkowa. Że to dwa zupełnie inne miasta. Współczuję mu, że nie może chodzić. To pewnie przez to jest taki wybuchowy, wyładowuje swoją frustrację na innych. Ale to dobry człowiek. Widziałam kiedyś jak się modlił. Człowiek, który wierzy w dobro, nie może być z natury zły.


Seba i Jelena 

Im częściej ją przepędzał, tym częściej do niego przychodziła. Codziennie szorowała na błysk podłogę w sali, podlewała kwiaty w doniczkach, które zresztą sama przyniosła i których tym razem nie rzucił o ścianę. Co trzeci dzień myła okna. Stopniowo się do niej przyzwyczajał. Był mniej opryskliwy, zaczął z nią nawet normalnie rozmawiać. Któregoś dnia zapytał ją o wojnę. Opowiedziała mu o zgwałconej i pobitej na śmierć koleżance, o trupie niemowlęcia, na którego rozszarpane pociskiem ciałko natrafiła wyrzucając odpadki do śmietnika, o tym, jak się kiedyś posikała ze strachu, chowając się w piwnicy przed plądrującymi okoliczne kamienice opołczeńcami, kiedy słyszała ich zbliżające się kroki i krzyki: "Smierć ukrom!", "Łap ją za nogi, szerzej!", "Zajeb gnojka, bo wyrośnie z niego faszysta!". Próbował sobie wyobrazić jej strach, ale nie potrafił. Nie dało się tego porównać ze stadionowymi bójkami, bo nawet gdy przeciwnik miał przeważające siły, to on i tak nigdy nie był zmuszony zmierzyć się ze swym strachem sam, zawsze był ktoś obok - a to Słoniu ze stadionowym krzesełkiem w ręce, a to Harry z kastetem. Prawdziwe duchowe wsparcie. Zrozumiał, że co innego kibolska zabawa w wojenkę, a co innego prawdziwa wojna. Zrewanżował jej się opowieścią o ojcu alkoholiku, który bił do krwi matkę, o momencie, kiedy po raz pierwszy odważył się mu przeciwstawić i złamał sobie nadgarstek na jego szczęce, o matce, która brocząc krwią chwytała za słuchawkę i dzwoniła na policję, a kiedy przyjeżdżał radiowóz, nie otwierała policjantom drzwi i mówiła, że nic takiego nie miało miejsca, że to pomyłka. Wzruszyła ją jego nagła szczerość, położyła dłoń na jego dłoni. Wydawało jej się, że widzi pojedynczą łzę, spływającą po jego policzku, ale nie miała pewności. A kiedy zasypiał, pogłaskała go po głowie, jak głaszcze się dzieci przed snem. Następnego dnia czekał, aż się zjawi, ale nie przyszła. I przez kolejne dni też. Zapytał o nią siostrę Krystynę, ale ta wiedziała tylko, że Jelena się zwolniła. Nie potrafiła powiedzieć dlaczego. Przez tydzień odmawiał przyjmowania posiłków i do nikogo się nie odzywał.


Seba

Pojawiła się po jakimś miesiącu. Miała głowę ogoloną na łyso. Z początku wcale jej nie poznałem. Myślałem, że to przychodzi po mnie śmierć. Nie, nie taka jak na memach - z kosą, maską z krzyku, i schowana pod kapturem bluzy everlasta. Po prostu z tą swoją łysiną Jelena zajebiście przypominała Gochę - miłość mojego życia. I byłem święcie przekonany, że właśnie mi się zaczyna ukazywać przeszłość, bo podobno tak się właśnie dzieje przed śmiercią. Masz we łbie taki slajdszoł jak w komórze - same najlepsze momenty życia śmigają ci przed oczyma, same słit focie z twojego pokurwionego lajfa. I nawet przez chwilę pokręciłem sobie taki film: ja i Gocha, najlepsze chwile ewer. Oto więc ja i Gocha na marszu niepodległości, napiżdżamy kostką brukową w psy, a potem spierdalamy za winkiel i liżemy się z języczkiem. Później ja i Gocha na rynku we Wrocku, trzymamy się za ręce i lukamy, jak jeden kolo podpala kukłę Żyda z flagą Związku Socjalistycznej Unii Europejskiej i krzyczymy: "Precz z komuną!", "Arabiści do Arabii!", i walimy sobie mega selfie na tle tej pejsatej Marzanny. I wreszcie ja i Gocha pod stadionem Santiago Bernabeu w Madrycie, spieprzamy przed jakimś policajem na koniu, po tym, jak rzuciłem w tych gnoji racą, wbiegamy w jakąś bramę, potem do pizzeri, chowamy się w kiblu, ona robi mi laskę, a za chwilę staje w rozkroku, całkiem jak Christiano Ronaldo przy rzucie wolnym, i ja ją biorę od tyłu, strzelam na kafelki, 1:0 dla Legii! No, ale oprzytomniałem, otrząsłem się z tych słodkich wspomnień, kiedy się tylko odezwała. Już wiedziałem, że to jest ona - Jelena, nie żadna Gocha.


Seba i Jelena 

- Mam białaczkę, niedługo umrę.

- Boże, nie mów tak. Na pewno są jeszcze jakieś szanse...

- Jestem coraz słabsza, wiem, że z tego nie wyjdę. Nie łudzę się, dawno straciłam nadzieję.

- Nie myśl o śmierci. Ja, kiedy chcę ją od siebie odpędzić, gram w grę. Grę z czasów mojej młodości. Chcesz spróbować?

- A na czym ona polega?

- Musisz zabijać.

- Ale kogo?

- Wszystkich.

- Ale ja nie chcę zabijać wszystkich.

- No, powiedzmy, że wszystkich, których nienawidzisz.

- A w tej konkretnej grze, kogo? Znaczy, kogo nienawidzisz i kogo musisz zabić?

- No, Żydów, komuchów, gejów, lesby, lewaków, terrorystów, uchodźców, turasów, aborcjonistki... Spróbujesz?

- Ale ja nie chcę do nikogo strzelać. Nie czuję do żadnego z nich nienawiści.

- To wstaw w ich miejsce innych. Tych, którzy ci się w życiu najbardziej naprzykrzyli. No, dawaj! Ja będę wymieniał swoich wrogów, a ty swoich. I jak na marszu albo stadionie - będziemy skandować: "Jebać!". Ja zaczynam: "Jebać kolejorza!".

- Nie wiedziałam, że czujesz pociąg fizyczny do pracowników kolei.

- Co!? Nie, nie o to chodzi. Po prostu całe życie kibicowałem Legii.

- Cudzoziemskiej?

- Gdzie tam, jakiej znów cudzoziemskiej? Jebać cudzo... O, pardon... Teraz ty.

- Jeszcze nie wiem. Oddaję kolejkę.

- Jebać komunę!

- Całą?

- Co za pytanie? Pewnie, że całą. Bo co?

- Nic, bo kiedyś mieszkałam w komunie, czy jak wolisz - na skłocie, i zwykle przebywa tam wiele osób naraz. Musiałbyś mieć potężne libido, żeby ich wszystkich wyjebać.

- Dobra, dobra, nie kpij sobie. Rozpierdalałem kiedyś te wasze skłociki w trzy sekundy. Bezdomowce spieprzały przede mną szybciej niż Usain Bolt, jak bił rekord na setkę. Twoja kolejka.

- Zaczekaj...

- Nie ma na co czekać. Nie wstydź się, wal!

- Jebać Boga!

- Coo?! Coś ty powiedziała?! 

- Jebać życie!

- Przestań...

- Jebać śmierć!

- Wystarczy, uspokój się!

Ale ona już go nie słuchała. Obróciła się i szybkim krokiem zmierzała ku drzwiom, a on odprowadzał ją nieprzytomnym wzrokiem. Przeklinał swą niedołężność, fakt, że jest bezsilny, że nie może po prostu wstać i pobiec za nią. Płakał. Po kilku minutach w drzwiach ukazała się kobieca sylwetka. Oczy miał zamglone od łez. Wydawało mu się, że to Jelena wróciła.

- Dzień dobry! - Usłyszał głos ostatniej nadziei polskiego pielęgniarstwa.

- SPIERDALAAAJ!